Przejdź do treści
Aktualności/Wywiady

Żużel. Tomasz Lorek: „Motor Lublin ma żużlowca praktycznie na każdej pozycji”

Żużel
Fot. Paweł Wilczyński

Autor: Norbert Giżyński

Żużel. Tomasz Lorek: „Motor Lublin ma żużlowca praktycznie na każdej pozycji”

Ten gentleman z pewnością jest dobrze kojarzony w środowisku żużlowym. Co prawda nie uprawia tej dyscypliny sportu, ale od lat aktywnie działa w branży dziennikarskiej, zajmując się właśnie głównie tematyką speedway’a. Jego głos był i jest rozpoznawalny na żużlowych wydarzeniach chociażby w Częstochowie. W tym mieście, w czasie środowego (20 września) finału Młodzieżowych Mistrzostw Polski Par Klubowych, pełnił rolę spikera. Mowa o Tomaszu Lorku, który aktualnie na co dzień jest reporterem w stacji telewizyjnej Eleven Sports.

Po zawodach na „Arenie zielona-energia.com” rozmawialiśmy ze znanym i cenionym dziennikarzem. Poruszone zostały kwestie dotyczące m.in. polskiego, końcowego, podium SGP 2, szans Bartosza Zmarzlika na czwarty tytuł czempiona globu w rywalizacji indywidualnej, a także rewanżowych spotkań o brązowy oraz złoty medal Drużynowych Mistrzostw Polski A.D. 2023. Zapraszamy serdecznie do lektury!

Tomaszu, z racji tego, że jesteśmy bezpośrednio po finale Młodzieżowych Mistrzostw Polski Par Klubowych w Częstochowie, zacznijmy naszą rozmowę może od tej kwestii. Coś Cię zaskoczyło, jeśli o końcowe wyniki tych zawodów? Może nie w przypadku dwóch pierwszych miejsc (odpowiednio Motor Lublin i Stal Gorzów – przyp. red.). Ale, trzeci stopień podium Ostrovii Ostrów Wielkopolski budził zaskoczenie?

– Myślę, że trzeba najpierw zacząć od gratulacji dla Sebastiana Ułamka, że dopilnował tego, by był tor przyczepny. Jak się okazuje, na tak przygotowanych torach też mogą być fajne zawody. Nie musi być tzw. „beton”, żeby było kolorowo i wesoło. Czołówka w klasyfikacji końcowej była bardzo ciasna. Wiadomo, że Motor Lublin ma zawodników klasy światowej (jak np. Mateusz Cierniak), ale ta drużyna też miała jedną wpadkę. Przegrała raz bowiem 1:5 z parą z Ostrowa Wielkopolskiego (bieg jedenasty – przyp. red.).

To pokazuje, jak „młody” żużel jest już dojrzały, „ciasny” i, przede wszystkim, ciekawy. Nawet gdy młodzi zawodnicy miewają upadki, potrafią wstać i jechać dalej. To też wskazuje na to, jak są oni świetnie przygotowani do całego trudu, a także profesji, która, nie ma co ukrywać, jest katorżnicza. Ciężko w owej profesji trzeba pracować, żeby cokolwiek osiągnąć.

Co do samych zawodów, na pewno zasłużone złoto dla lubelskiego Motoru. Jednak myślę, że troszeczkę pluć sobie w brodę mogą ostrowianie. Pod koniec fazy zasadniczej mieli bowiem szanse na złoto medal, zaś srebro praktycznie już w ogóle gwarantowane. Roztrwonili te szanse niestety przed podwójne wykluczenie w osiemnastym biegu. Brawa tak czy inaczej należą się Sebastianowi Szostakowi za ten trudny, dodatkowy wyścig, gdzie, jadąc przeciwko Kacprowi Pludrze z GKM-u Grudziądz, przywiózł brąz. 24 lata temu śp. Tomek Jędrzejak, Karol Malecha i Michał Szczepaniak zdobyli złoty medal (historyczny dla Ostrowa) w tych rozgrywkach. Ale brąz z tego roku na pewno im też smakuje. Każdy medal jest ważny.

Można powiedzieć, że niejako powróciłeś do Częstochowy, jako spiker. Tutaj dawniej regularnie pełniłeś tę rolę (lata 2002-2004). Później okazyjne podejmowałeś się tej funkcji w czasie zawodów, odbywających się w tym mieście; z wiadomych powodów. Powiedz proszę, czy za każdym razem, gdy wracasz do Częstochowy, budzą się u Ciebie dobre stąd wspomnienia z przeszłości? Łezka w oku się kręci?

– Tak. Częstochowa to jest mój dom i zawsze będę to potwierdzał. Tego zaznaje też mój syn Mikołaj, który ma 7 lat i jest fanem Kuby Miśkowiaka. A jak wiadomo z dziećmi często jest tak, że jak się źle czuje, to ucieka. Zaś w przypadku dobrego stanu zdrowia dziecko łapie kontakt.

Pamiętajmy, że, jako społeczeństwo, mamy takie bardzo słowiańskie podejście, że gdy jest sukces, wszyscy biją brawo. Natomiast klub częstochowski jest to taki, który „przytula”. Włókniarz wielu zawodnikom pomógł. Tu do Częstochowy się przyjeżdża z radością. Od razu jest „banan” na ustach, jak się podchodzi do ludzi. A to właśnie oni budują zespół. Nie mówię tutaj tylko i wyłącznie o zawodnikach, ale i osobach, pracujących stricte w klubie, który „widzi w Tobie człowieka”.

Oczywiście pamiętamy te szalone czasy złotego medalu Drużynowych Mistrzostw Polski Włókniarza sprzed 20 lat. Wtedy jeździli m.in. „Saletra” (Ryan Sullivan – przyp. red.) „AJ” (Andreas Jonsson – przyp. red.), Grzesiu Walasek czy Rune Holta. To były jednak inne czasy, inny żużel. Była chwila na whisky, zabawę i dobry rock…

…Powszechnie się mówi, że właśnie ten Włókniarz z 2003 roku był najlepszym w historii.

– Coś w tym może być, aczkolwiek ci, pamiętający czasy lat 50. i 70., mogliby powiedzieć, że właśnie wtedy były najlepsze okresy Włókniarza. W tamtych okresach jeździli inni żużlowcy, także zdobywający złote medale DMP dla klubu z Częstochowy, a tych ma łącznie cztery. Każda era więc ma swoich mistrzów.

Dzisiejszy żużel z kolei nie ma w sobie tyle empatii i ciepła. Te cechy zastąpił zimny profesjonalizm. Nie twierdzę, że to jest złe. Takowymi są współczesne proporcje. Według mnie musi być więcej u człowieka zabawy, uśmiechu, po prostu ludzkich odruchów. Nie może być zatem tak, że liczą się tylko walki o trofea, a także pieniądze.

Przejdźmy może teraz do tego, co się wydarzyło w piątek (15 września) w Vojens. Piękny wówczas wieczór dla polskiego sportu żużlowego. „Biało-Czerwone” podium: Mateusz Cierniak, Damian Ratajczak i Bartłomiej Kowalski. Historyczny moment, który rzadko się zdarza.

– Na pewno. Te medale pokazują, jak obecnie wychodzi współpraca z młodzieżą. Polacy mogą być tylko dumni z tego, jak wychowują młode pokolenia. W porównaniu do odległych lat, kiedy w „juniorce” dominowali Duńczycy, Amerykanie, czy Szwedzi, polski speedway zrobił bardzo duży krok do przodu. Nasz kraj wręcz dominuje, jeśli chodzi o juniorskie rozgrywki. Choć na przestrzeni kilkunastu medal tego najcenniejszego kruszcu wyrywali Polakom, np. Jaimon Lidsey, Max Fricke oraz Micheal Jepsen Jensen, to od czasów Piotrka „PePe” Protasiewicza (złoto w 1996 r.) – z niewielkimi, pojedynczymi przerwami – do dziś mamy powiększające się grono Indywidualnych Mistrzów Świata Juniorów. To tym bardziej cieszy.

W czasach przed 1989 rokiem, w seniorskim żużlu, mieliśmy Zenona Plecha, Antoniego Worynę, Edwarda Jancarza czy też Pawła Waloszka, którzy liczyli się w rywalizacji ogólnoświatowej. I mimo choćby ówczesnych braków technologicznych w naszym kraju, oni potrafili kapitalnie jeździć. To nie jest więc do końca tak, że systemy polityczne wręcz sprawiają, że jeździsz lepiej i jesteś coraz bardziej głodny sukcesów.

Wracając do turnieju SGP 2 w Vojens, jest to na pewno ukoronowanie tego, co wcześniej osiągnęli Kuba Miśkowiak, Jarek Hampel, Piotrek Pawlicki czy Bartek Zmarzlik. To miły akcent, świadczący o tym, że dobrze współpracuje się z młodzieżą.

Mówiło się, że Bartłomiej Kowalski stracił złoto w końcowej fazie zawodów. W pierwszych trzech seriach startów dominował bezapelacyjnie. W czwartym swoim biegu zanotował jednak upadek. Mimo że zawodnik Betard Sparty Wrocław szybko wstał z toru – i wydawało się, że jest cały i zdrowy – to potem jechał już zdecydowanie słabiej. Jak sądzisz, czy ten upadek mógł się odbić na jego późniejszej słabszej jeździe?

– Sądzę, że ogólnie był to dziwny finał. Wcześniej w Pradze (I finał SGP 2 – przyp. red.) były pełne emocji, świetne zawody. Później mieliśmy II finał w Gorzowie. Rzadko się dzieje tak, że kiedy główny kandydat do złota – który ostatecznie mistrzem i tak został, a więc Mateusz Cierniak – odpada z gry w półfinale i uchyla drzwiczki dla np. Keynana Rew bądź innych chłopaków, ale oni nie potrafią tego wykorzystać. Sztuką w sporcie jest to, że mimo słabszego dnia, potrafisz dopiąć swego. Mateusz Cierniak pokazał więc, że jest dużej klasy rajderem. Na pewno sporo w tym jest zasługi jego taty (Mirosława – przyp. red.), który sam kiedyś jeździł na żużlu. Wprawdzie nie osiągał takich sukcesów, ale…

…Był z pewnością solidnym ligowcem.

– Dokładnie tak. W latach 90. zdobywał sporo osiągnięć w kategorii juniorów. Był Młodzieżowym Indywidualnym Mistrzem Polski (1994), a także medalistą Młodzieżowych Drużynowych Mistrzostw Polski (dwa złote, 1991 i 1993) i Młodzieżowych Mistrzostw Polski Par Klubowych (srebro w 1992 i złoto w 1994 roku). Ponadto był rezerwowym w finale Indywidualnych Mistrzostw Świata Juniorów (1994). Tak więc ten bagaż wiedzy, który Mateusz czerpie od taty, jest nie do przecenienia.

Co do Bartka Kowalskiego, poczynił bardzo duży postęp. Pamiętamy jego okres w Częstochowie, kiedy głównie przesiedział na ławce rezerwowych (2020-2021 – przyp. red.). Brąz dla Bartka na pewno ma duże znaczenie, tak samo jak srebro dla Damiana. Wiadomo, że po fakcie wszyscy są mądrzy, bo kilku zawodników mogło się bić o najwyższy cel. W każdym razie uważam, że brąz Bartka Kowalskiego jest dla niego samego sporym osiągnięciem.

Tak czy inaczej mamy po raz pierwszy w historii Polaka, który obronił tytuł Indywidualnego Mistrza Świata Juniorów. Chodzi oczywiście o Mateusza Cierniaka. Czy według Twojej opinii, żużlowiec ten, ma zadatki na, może nie dominatora, ale choćby takiego, który również w seniorskiej rywalizacji będzie walczył jak równy z równym z resztą zawodników?

– Myślę, że ligowo Mateusz już jest przygotowany do walki na profesjonalnym, wysokim poziomie. Gdziekolwiek by nie trafił – czy to zostanie w Lublinie, czy trafi gdzie indziej – będzie solidnym wsparciem. To już jest żużlowiec dużego formatu. Może być filarem, niezależnie od tego czy będzie prowadzącym parę, czy tzw. „zawodnikiem doparowym”. Sądzę, że stać go na to, żeby przywozić sporo punktów. To jest facet, który lubi się ścigać, czerpie z tego radość.

Czy będzie dominatorem w skali Grand Prix, tutaj muszę postawić znak zapytania. Zwłaszcza, że mamy wielu zdolnych młodzieżowców. Przykładem może być Oskar Hurysz, którego przez jakiś czas prowadził Adama Skórnickiego. Gdy na początku roku mówiłem, że może być to odkrycie sezonu, nie brano moich słów poważnie. A on ściga się, zawija. Mimo, że jeździ z niedoleczonym barkiem – powinien być w tym momencie tak naprawdę na stole operacyjnym u chirurga – on walczy, zaciska zęby i się ściga. To jest mądry chłopak, który rozwija się długofalowo. I jeżeli „Skóra” znowu będzie w jego teamie, to sądzę, że będziemy mieli dobrego rajdera w postaci Oskara Hurysza.

Wracając do Mateusza Cierniaka, to już jest żużlowiec o wysokiej renomie. A w teście przejścia z kategorii juniorskiej do seniorskiej – który wielu przechodzi ciężko – powinien wypaść dobrze. Wszak to jest obyty zawodnik, który nie boi się presji, wie, jak sobie radzić i przede wszystkim potrafi słuchać.

Dzień później, także w Vojens, rozegrana została przedostatnia runda tegorocznego Speedway Grand Prix 1. Wówczas doszło do mocnej kontrowersji. Do zawodów nie dopuszczony został Bartosz Zmazrlik z powodu tzw. „nieregulaminowego” kevlaru, który założył podczas kwalifikacji. Co byś powiedział o tej całej sytuacji?

– Błąd ludzki jest błędem ludzkim. Bartek sam przyznał się po męsku do błędu, biorąc to na „klatę”. Zgodzę się z tym, że gdyby była dobra wola, to można by było zastosować inny wymiar kary. Ale regulamin jest taki, a nie inny.

W związku z czymś takim, a także tym, że polska strona finansuje żużel, możemy się wypiąć i nie organizować rund Grand Prix, nikt nam tego nie broni. Jeżeli chcemy „uśmiercić” promotora cyklu, to moglibyśmy to zrobić, pokazując naszą siłę. W takiej sytuacji, wszystkie polskie miasta podjęłyby solidarną decyzję: „Nie przeprowadzamy SGP”, a posiadacz praw do tych rozgrywek bardzo szybko zwinąłby żagle. Zanotowałby bowiem kolosalne straty. Pytanie, czy stać nas na tak odważny ruch.

W każdym razie mamy, jako polska strona, dużą dawkę tzw. „niedosytu politycznego”. Ja bym nazwał brakiem dobrej woli, że – dla przykładu – jest jakieś ścierania się opcji francuskiej z polską. Superga sobie z tym świetnie poradziła, bo dla nich – z pozycji siły – mistrzostwa amerykańskie w ramach rozgrywki AMA Supercross, pod egidą FIM-u, były najważniejsze.

Samo wyjście z federacji FIM niczego nam nie da. Jeżeli chcemy na przyszłość zbudować mocną pozycję, musimy wpierw stworzyć konsorcjum, dużą polską firmę. W takiej sytuacji moglibyśmy „tupnąć nogą”, bo mielibyśmy swoje finanse, strukturę i aspiracje do tego, by rządzić żużlem.

Pamiętajmy, że speedway jest tylko „wycinkiem” w FIM-ie. Do tej federacji należą również Moto GP oraz Motocross, czyli dwie żyły złota, której sporo jej dają. Cała reszta dla FIM-u to, delikatnie ujmując, didaskalia. Gdyby choćby nawet jutro przestało istnieć „Trial”, „Enduro” czy „Sidecare”, to FIM ze swoją siedzibą w Szwajcarii nie upadłby tak czy siak. Zarabiałby bowiem pieniądze na dwóch innych dyscyplinach, które są dla niego bardziej miarodajnymi.

Jeżeli chce się bić dyplomatycznie, to mądrze. I jeśli chcemy mieć pozycję i siłę, by rozmawiać, to wypiszmy się z SGP. Będzie to najprostsza metoda na to, żeby dać innym przykład.

Wracając do tematu zawartego w pytaniu, tak jak mówiłem, błąd jest błędem. Z drugiej strony w innych dyscyplinach, jak np. w tenisie, założy złą naszywkę, to nie może liczyć na dobre serce ze strony ATP. Prawa dla każdego zawodnika tutaj są równe.

Zgodzę się z tym, że jest w dzisiejszych czasach za dużo przepisów, przez co robi się galimatias. Sportowiec musi uważać nawet na to co pije i je, żeby nie wyszedł mu doping. Różne historie, rzeczy go zatem otaczają. Taki jest niestety współczesny świat sportu.

Kiedyś Brytyjczycy byli gigantyczną siłą w żużlu. I jeżeli już będziemy mieli taką firmę, dzięki której będziemy stroną, która może „tupnąć nogą”, to potem – w chwili skończenia umowy z Discovery – możemy złożyć propozycję do FIM i stanąć do walki z konkurentami, jak równy z równym. Tym samym pozbawić właściciela praw zysku ekonomicznego, na którym mu najbardziej zależy – najkrócej mówiąc – wypisując się z cyklu.

Jednak, czy polskie miasta, chcą dalej organizować GP? Czy to przynosi zysk, m.in. finansowy? Czy jest to tylko marketingowy bonus? Śmiem wątpić, czy ludzie – z zamiarem obejrzenia żużla – przyjadą do Torunia, Gorzowa, Warszawy lub Wrocławia też na, podajmy na to, zwiedzanie galerii sztuk, oglądnąć obrazy. Myślę, że nie o to tutaj chodzi.

Po dotychczasowych rundach SGP, w klasyfikacji generalnej dalej przewodzi Bartosz Zmarzlik, mimo iż koniec końców w Vojens nie wystartował. Jednak jego przewaga nad drugim Fredrikiem Lidngrenem wynosi już 6 punktów. Bartek z pewnością będzie musiał napracować się w ostatnim turnieju IMŚ w Toruniu, żeby obronić tytuł. Tym bardziej, że „Freddie” w tym roku jest szybko nie tylko w Grand Prix – jak to zazwyczaj bywało w ostatnich latach – ale również w choćby w PGE Ekstralidze. A obecnie nie jest na straconej pozycji, żeby złoto IMŚ zdobyć.

– Z całą pewnością rywalizacja w Toruniu będzie ekscytująca. 6 punktów to jest dużo i mało. Bartek Zmarzlik jest rajderem formatu światowego i umie jeździć na Moto Arenie. Podobnie zresztą jak Fredrik, który – jak pamiętamy – zdobył medal w Toruniu, gdy córeczka mu się rodziła (rok 2020). „Freddie” jest osobą, która – tak jak Bartek – chce wygrywać w sposób „fair”, uczciwie. W tej rywalizacji nie będzie więc na pewno żadnych brudnych numerów, a twarda męska walka do końca.

Czas pokaże, jak to ostatecznie będzie. Myślę, że Bartek jest zawodnikiem tego formatu, że powinien obronić złoto. Ale, biologicznie, „Freddie” doskonale wie, że przyświeca mu chyba największa szansa na to, żeby zdobyć tytuł mistrza świata. Ma swoje już swoje lata, choć wiadomo, że teraz w żużlu wiek się „wydłuża”. Nie oszukujmy się więc, Fredrik, który ma 38 lat – cudowny człowiek, fantastyczny rajder, świetny chłopak, inteligentny jegomość – zrobi wszystko – choćby miał stanąć na rzęsach – żeby ten złoty medal zgarnąć. Wydaje mi się natomiast, że Bartek jest na tyle doświadczony i sprytny, że ten tytuł obroni.

Teraz kwestia przyznania medali DMP. Przejdźmy stricte do rewanżów o brąz i złoto, może najpierw do tego pierwszego starcia. Póki co w lepszej sytuacji jest For Nature Solutions KS Apator Toruń, który po pierwszej części dwumeczu ma 10 punktów przewagi nad Tauron Włókniarzem Częstochowie. Po pierwszym meczu w Toruniu rozmawiałem z Wiktorem Lampartem (Apator) i Kajetanem Kupcem (Włókniarz). Obydwaj wyrażali nadzieje na pozytywne rozstrzygnięcie w kontekście wywalczenia brązu przez swoje drużyny.

Wiktor uważał, że dziesięciopunktowa zaliczka może być wystarczająca do obronienia. Z kolei Kajtek oznajmił, że jest możliwość odrobienia strat z pierwszego spotkania w drugiej potyczce na torze w Częstochowie. A jak to wygląda z Twojego punktu widzenia? Czy rzeczywiście tutaj jeszcze wszystko może wydarzyć się, jeśli chodzi o zdobycie trzeciego miejsca w PGE Ekstralidze?

– Tutaj też 10 „oczek” to jest dużo, jak i mało. Jednakże pamiętajmy, że według prognoz, nie wiadomo, czy ostatecznie odbędzie się ten mecz w sobotę (23 września). Odchodząc od tematu warunków atmosferycznych, Toruń ma sytuację dość komfortową. Jan Ząbik jest tej klasy dojrzałym szkoleniowcem, że – przejmując zespół po Robercie Sawinie – obiecał medal. Sądzę, że posklejał ten dość trudny zespół. Tam każdy potrafi jeździć. Ta ekipa potrafi się rozpędzać. W tej drużynie jest „Lamboo” (Robert Lambert – przyp. red.), który „zasuwa”, „Duzers” (Patryk Dudek – przyp. red.) czy Emil Sajfutdinow. Temu ostatniemu liga angielska dodała niesamowitego wiatru w żagle.

Odnośnie zespołu częstochowskiego, na papierze ma trudną sytuację, bo 10 punktów jest trudno odrobić, to całkiem pokaźna strata. Mimo to może, minimalnie, dopiąć swego i częstochowianie udowodnią, że na ten brąz – po dość nierównym sezonie – zasługują. Ze strony sportowo-matematycznej dla Częstochowy brąz może być niejako oporem przy sile rażenia Motoru Lublin i Sparty Wrocław.

Wydaje mi się, że starcie o brąz rozstrzygnie się w ostatnim biegu zawodów na „Arenie zielona-energia.com”. Te 10 punktów Apator ma kim bronić. Na tym torze i Emil dobrze się spisuje, tak jak „Duzers” i „Lamboo”. Dodatkowo ten obiekt lubi też Wiktor Lampart. Tak więc ekipa z Torunia z pewnością będzie długo tej zaliczki bronić, ale koniec końców kwestie minimalne zdecydują o zdobyciu brązowego krążka DMP przez którąś z drużyn.

Najbardziej chyba może być ciekawie w walce o złoto Drużynowych Mistrzostw Polski. Po pierwszym meczu Platinum Motor Lublin ma dwunastopunktową zaliczkę nad Betard Spartą Wrocław. Jednakże, jak rozmawiałem z paroma osobami, pojawiały się głosy, że ta zaliczka „Koziołków” mogła być przynajmniej nieco większa, choćby z tego względu, że w Lublinie po stronie wrocławian nie było Macieja Janowskiego, Tai’a Woffindena czy Charles’a Wrgiht’a, który w we wcześniejszych meczach fazy play-off jeździł na pozycji U24.

Czy, twoim zdaniem, ta przewaga 12-stu „oczek” to dużo i mało dla Motoru? Czy „Spartanie” mają się czego obawiać, tym bardziej że wciąż nie wiadomo na 100 %, czy w ich szeregach zobaczymy Macieja Janowskiego oraz Tai’a Woffindena?

– Wrocław ma trudną sytuację kadrową, ale myślę, że rewanż wygra. Jednak nie sądzę, że odrobi 12 punktów. Motor Lublin ma żużlowca praktycznie na każdej pozycji. Jarek Hampel czuje się świetnie. Cierniak i Bańbor to silna juniorska ekipa. Jack Holder to jeździec, który dalej jest w grze o medal w cyklu Speedway Grand Prix, na noże idzie z Martinem Vaculikiem. Bartek Zmarzlik to wiadomo, że jest klasa sama w sobie. Głodny z kolei złotego medalu jest Fredrik Lindgren. Ostatni raz je zdobył, gdy jeździł w Falubazie Zielona Góra (2009 – przyp. red.). Ta sztuka nie udała mu się w Częstochowie. Tak więc uważam, że Motor, nawet jeśli pozwoli sobie na małą zadyszkę we Wrocławiu, w całym dwumeczu zaliczkę raczej obroni.

Sparta Wrocław tak czy inaczej robi niesamowitą historię. Bo to, ile punktów wrocławianie wywieźli z pierwszego meczu finału PGEE w Lublinie – z koncertowo jeżdżącym Danem Bewley’em – jest sygnałem, że stać ich na to, aby postraszyć lublinian. Jednakże, nawet jeżeli zaprezentuje się Tai Woffinden – nie umniejszając mu, bo to świetna charyzmatyczna postać, trzykrotny Indywidualny Mistrz Świata – to nie sądzę, że całą stratę wrocławianie zniwelują. Potrzebowaliby kataklizmu, aby w pełni roztrwonić tę różnicę.

Nie ulega to tak czy inaczej w żaden sposób wątpliwości, że zespół z Wrocławia stać na wielkie rzeczy. Pokazali sportowy charakter w półfinale, gdzie, w rewanżu u siebie, w osłabieniu rozbili Apatora Toruń, który, nie wiedzieć czemu, ten mecz przegrał. Wrocław pokazał klasę, nie tylko dzięki juniorom, ale w szczególności bardzo mądrej jeździe całego teamu. Sam Andrzej Rusko (prezes Sparty Wrocław – przyp. red.) to jest mózg sporego wymiaru, który wie jak motywować, by odpowiednio dobrze taktycznie rozegrać mecz. Podobnie zresztą jak trener Dariusz Śledź. Na pewno Sparta pokaże to, z czego słynęła Starożytna Grecja, a więc walkę o każdą piędź, cal toru. W kontekście tego, co Lublin obecnie jedzie, 12 „oczek” to jest jednak dużo.

Gdyby Sparta jechała w pełnym składzie z Maćkiem Janowskim i Tai’em Woffindenem, mielibyśmy finał marzeń. Ja w takich momentach osobiście zwolennikiem np. „guest rider” (status gościa – przyp. red.), jak w lidze angielskiej. Bo jeżeli, na takiej zasadzie, do ekipy wrocławskiej teraz mógłby wejść np. Max Kricke, byłaby zupełnie inna już zabawa. Pojawiają się tutaj kwestie; czy widowisko, czy trzymamy się litery prawa i ducha sportu.

W wielu przypadkach w lidze angielskiej było tak, że gdy, w niektórych meczach finałowych jako goście startowali Chris „Bomber” Harris albo Hans Andersen, były wspaniałe widowiska. To jest kwestia szeroko pojętej filozofii sportu. Nie mówię, żeby kopiować wszystko z zewnątrz, ale trzeba szukać mądrych pomysłów, eksperymentować, aby niwelować wszelkie proporcje, które mogą się pojawić też nagle. Żyjemy tak długo, jak eksplorujemy.

Jeżeli przerywamy granicę wyczynu czy to w muzyce czy w sporcie, to wtedy funkcjonujemy. Ktoś powie, że Lublin też miewał kontuzje. Oczywiście, że tak było, i Kubera był kontuzjowany, i Holder. Natomiast dla dobra widowiska, produktu, cudownie by było, gdyby dało się sięgnąć po instytucję „gościa”. Nie mam na myśli tutaj intelektualnego podłoża. My jednak często przywiązujemy się do niejako „plemiennego” ustawienia tematu.

Chodzi o to, że kiedy zawodnik zaczyna już w jednym klubie, to nie ma prawa startować w innym. Jasne, że to ma też swoje zalety. Ale można tutaj zapytać się, czy chcemy, aby widowiska, mecze finałowe były jak „spod igły”, czyli tak jak zasługuje na to, na dzień dzisiejszy, mecz o złoto najsilniejszej ligi świata? Albo czy chcemy jechać składami „szpitalnymi”? Z drugiej strony można argumentować w ten sposób, że jest to szansa dla zespołu teoretycznie słabszego kadrowo, aby dał z siebie „maksa”

Wrocław pokazał charakter w trudnym pierwszym meczu finałowym, prezentując dobrą jazdę. A gdyby jeszcze miał jednego punktującego juniora, już w ogóle mogłoby być fajnie i ciekawie. Mimo wszystko dwumecz przy dwóch brakujących „strzelbach” w drużynie, będących na łóżkach szpitalnych, to jest uszczerbek na tyle silny, że nie da się po prostu tej dziury załatać.

Nie zawsze jak się ma finanse, to ma się jednocześnie patent na mądrość. Bo nawet jeżeli jesteśmy najsilniejsi na rynku marketingowym, telewizyjnym – co jest super sprawą – to nie znaczy, że mamy nie słuchać innych. Myślę, że największą zaletą jest to, żeby móc potrafić wypośrodkować wszelkie proporcje i przede wszystkim umieć słuchać. Bo ci, którzy umieją słuchać najdalej zachodzą w życiu.

Dziękuję Ci bardzo za rozmowę.

– Również bardzo dziękuję.

MAGAZYN ŻUŻLOWY – kliknij TUTAJ

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

×