Skrawki toru (8): Wiemy, że nic nie wiemy

Na początku słowo prywaty: jeżeli w najbliższych dniach zdarzy się w żużlu coś niezwykłego, zwalcie to na mnie. Przefarbowałam się na różowo, a moje ostatnie farbowanie się na różowo miało silny związek z pierwszym zwycięstwem Rosjan w Speedway of Nations. Więc wiecie, jak nagle jakiś Wittstock wygra z Opolem na wyjeździe czy coś w tym guście, to wiecie, kogo za to winić.

A tymczasem przejdźmy do wysoce subiektywnego przeglądu wydarzeń ostatniego tygodnia. A działo się, działo!

Sędzia mógł podjąć inną decyzję…

…ale nie popełnił błędu. Większość fanów żużla doskonale zna te słowa. I większość fanów żużla kompletnie się z nimi nie zgadza. Ja w tej liczbie. Czy to nie świadczy o słabości naszej dyscypliny, że w tak wielu przypadkach decyzja sędziego jest do podważenia? To tylko znaczy, że nie ma jasnych kryteriów: co wolno, czego nie, co grozi wykluczeniem. A brak jasnych kryteriów to nie furtka, tylko autostrada do nadużyć. I potem mamy tabuny poszkodowanych i ogólny niesmak. Aż się człowiekowi przypomina perła w koronie absurdu zwanego sędziowaniem w żużlu – wykluczenie Jasona Doyle’a za dotknięcie taśmy… której nie było. Grand Prix 2015, Warszawa. I tak, wiem, że to Grand Prix to w ogóle była jedna wielka pomyłka.

A zresztą – nawet, kiedy sytuacja jest jednoznaczna, sędziowie potrafią zaskoczyć. Jak Craig Ackroyd w finale piątkowej rundy Grand Prix. Sędzia nie wykluczył Macieja Janowskiego, chociaż ten miał już na koncie ostrzeżenie i ewidentnie czołgał się pod taśmą. Ale w sumie czego się spodziewaliśmy? Przypominam, że Ackroyd to ten sędzia, który w Målilli w 2018 nie wykluczył Taia Woffindena za przejechanie dwoma kołami białej linii – mimo że nawet nieuzbrojony tasiemiec by to przejechanie zauważył.

Wiemy, że nic nie wiemy

Ale dobrze, pomińmy sędziowanie. Grand Prix we Wrocławiu nie było złe, żeby o nim mówić tylko w kontekście fatalnego doboru arbitra. Fajna atmosfera, tłumy na trybunach, śliczny stadion. Szkoda, że tor się nie dostosował i to nie było to, co w latach 2019-2020, tylko jakaś procesja – ale uznajmy, że w obecnych warunkach pogodowych lepiej mieć jakiekolwiek Grand Prix i procesję, niż nie mieć Grand Prix w ogóle. Polscy fani mogą być zadowoleni, prawda? To się liczy!

Słyszałam głosy, że ta licząca trzy i pół zawodnika (status Emila Sajfutdinowa jest niepewny jak… chciałam tu dać żart geopolityczny, ale mi felieton zdejmą, to sobie podaruję) czołówka to już wszyscy ci, którzy będą się liczyć w tegorocznym cyklu. Odważne twierdzenie. Jasne, jesteśmy po czterech rundach, ale te cztery rundy to de facto dwa tygodnie i dwa specyficzne tory – trudne do wyprzedzania, a poza tym takie, na których, zdawać by się mogło, szczególnie dobrze czują się ci sami zawodnicy.

Myślę, że Lublin będzie ciekawy właśnie dlatego, że może sporo namieszać w klasyfikacji. Nie sądzę, by czołówka miała zaliczyć jakąś kompletną klapę, ale niewykluczone, że doszusuje do nich jakiś Madsen, Woffinden czy inny Lindgren. Swoją drogą, gdybym miała postawić na jedną niespodziankę na podium IMŚ 2021, to byłby to właśnie Szwed. Czuję, że on jeszcze nabałagani w topie. Wspomnicie me słowa.

Wszystkie oczy na tyły

Skończyło się święto międzynarodowego żużla i wróciliśmy do ligowej rzeczywistości. A tam siedzi Ekstraliga i, nie da się ukryć, rozstrzygnięcia na dole tabeli stały się dalece ciekawsze niż te u góry. Stara prawda mówi bowiem, że jak już się człowiek do play-off dostanie, to musi umieć pokonać każdego rywala. Stąd też mniej istotne, czy Gorzów miał, czy nie miał szans na pierwsze miejsce, ani czy Leszno przeskoczy Lublin, czy jednakowoż nie.

Za to na tyłach… na tyłach jest gorąco. Falubaz miał w poniedziałek sporą szansę na deszczowym torze pokonać Unię Leszno i zapewnić sobie utrzymanie – ale heroiczna obrona Sajfutdinowa pokrzyżowała szyki Myszom z Lubuskiego… i zapewniła aktualnym Drużynowym Mistrzom Polski play-offy. Jak wielu herosów w poniedziałek miało Leszno (oprócz Rosjanina przede wszystkim żelaznego Pawlickiego i cudownego młodziaka Ratajczaka), tak wiele było strat po stronie zielonogórskiej. I chociaż los Falubazu niby wciąż jest tylko w jego rękach, to jednak zielonogórzanie muszą się liczyć z tym, że dwa punkty dla Grudziądza skomplikują im życie. A przecież gdzieś tam jest jeszcze Toruń, niby dalej od przepaści, ale nie dość daleko, by odetchnąć z ulgą…

Bydgoskie ciśnienie

Nie wiemy, kto opuści Ekstraligę, ale nie wiemy też, kto do niej awansuje. Mam wrażenie, że to jeszcze bardziej niejasne niż walka o Indywidualne Mistrzostwo Świata. Rybnik, który przed sezonem obstawiali niemal wszyscy? Wybrzeże, co to idzie po Ekstraligę od lat i dojść nie może? Przyczajony Gapiński, ukryty Walasek, czyli nieobliczalna Ostrovia? Przebojowe Krosno? A może jakimś cudem bydgoska Polonia, w której wciąż wierzą w cud play-offów?

Poległa ta Polonia w walce z Krosnem na własnym torze. Może nie haniebnie, ale niespodziewanie i rozczarowująco. Rozczarowująca była też postawa działaczy i niektórych kibiców domagających się dokończenia meczu, chociaż ani pogoda, ani tor nie gwarantowały nic, nawet płynnego pokonania pierwszego łuku. Cieszę się, że wygrał zdrowy rozsądek i troska o zawodników. Wystarczy już kontuzji Grzegorza Zengoty.

Granica prywatności

Oburzenia przeciąganiem meczu w Bydgoszczy nie krył Tobiasz Musielak. Padły konkretne słowa, niektóre wykraczające poza parlamentarną polszczyznę, a reprezentantowi krośnieńskich Wilków przyszło przepraszać w mediach społecznościowych. Dzień później telewizyjne mikrofony „podsłuchały” równie gorącą wymianę zdań w szeregach Startu Gniezno, która wywołała dyskusję komentatorów, z sugestiami kar włącznie.

Szczerze? Dla mnie to absurd. Mówimy o sporcie, gdzie napięcie sięga zenitu, gdzie emocje wybijają poza skalę, a adrenalina zaćmiewa możliwość rozsądnej oceny sytuacji. Nie podoba mi się to wciskanie mikrofonów wszędzie, podsłuchiwanie prywatnych rozmów i wyciąganie ich w telewizji. Podobnie jak nie podoba mi się namawianie zawodników do wywiadów w momentach, kiedy widać, że są wściekli i nabuzowani. Ich podstawową rolą jest jeżdżenie, a nie dostarczanie taniej rozrywki i sensacyjnego materiału. Czy naprawdę wszystko już jest na pokaz i wszystko trzeba omówić w mediach?

Przejściowe mistrzostwa świata, odcinek 8

Leon Madsen, który przystępował do wrocławskiej rundy Grand Prix w glorii Przejściowego Mistrza Świata, bronił się dzielnie przez aż trzy serie startów. Dopiero w czwartej rundzie znalazł swojego pogromcę w osobie Bartosza Zmarzlika i tytuł powędrował do właściciela także tytułu IMŚ. Polak jednak długo się nim nie nacieszył – koronę przejął od niego Artiom Łaguta i to już w kolejnym starcie. Ale myśleliście, że Zmarzlik dałby sobie na dłużej wydrzeć tytuł? Myliliście się! Dał się Łagucie nacieszyć jeszcze w półfinale, ale w finale przypuścił atak frontalny i zakończył piątek nie tylko ze zwycięstwem w Grand Prix, ale też z tym trofeum.

Nie wszystkim się ta sytuacja podobała. Tai Woffinden, który nie tak dawno zapowiadał, że planuje zdobyć siedem mistrzowskich tytułów, postanowił zacząć od Przejściowych Mistrzostw Świata i w pierwszym wyścigu sobotniego turnieju przejął trofeum. Po czym całkiem nieźle go bronił – aż do czwartej serii startów był niepokonany. Wtedy jednak Woffinden stracił swój jedyny punkt w rundzie zasadniczej – na rzecz Emila Sajfutdinowa. I tu zaczęły się dziać rzeczy niespodziewane, ponieważ Rosjanin już w kolejnym biegu przekazał tytuł… Glebowi Czugunowowi. Nie byłoby w tym nic niezwykłego, gdyby nie fakt, że Czugunow nie miał już żadnych szans na awans do półfinałów, a zatem to on zakończył rywalizację w Grand Prix z tytułem Przejściowego Mistrza Świata.

Walka o ten zaszczytny tytuł przeniosła się więc do Gorzowa, gdzie Stal walczyła ze Spartą, a zatem między innymi z Czugunowem. W trzecim wyścigu meczu na szczycie PGE Ekstraligi Gleb oddał trofeum Maciejowi Janowskiemu, a ten po defekcie w biegu dziesiątym przekazał je Martinowi Vaculikowi. Biorąc pod uwagę nadciągające nad Gorzów upady, istniały spore szanse, że Vaculik mistrzem pozostanie… ale nic z tego. Przyszedł wyścig jedenasty i Słowak stracił tytuł na rzecz Dana Bewleya.

Intryga się zagęszcza, ponieważ Przejściowe Mistrzostwa Świata wreszcie wylazły poza top topów – i wyruszyły wraz z Bewleyem do Wielkiej Brytanii, na mecz Belle Vue Aces z „Wiedźmami” z Ipswich. Przyznam, że po cichu liczyłam na to, że Bewley potknie się w którymś wyścigu i przekaże tytuł komuś zupełnie egzotycznemu. Niestety, nic z tych rzeczy. Bewley zakończył spotkanie z kompletem i wszystko wskazuje na to, że przyjdzie nam odpocząć od cyklu – prawdopodobnym kolejnym meczem Brytyjczyka będzie spotkanie Sparty z Falubazem 20 sierpnia.

fot. Wojta-Foto.cz

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *