Skrawki toru (11): Ostatnie skrawki lata

Zapachniało jesienią. Deszcze niespokojne potargały Wrocław i Leszno, i Częstochowę, i pewnie kawałek Szwecji (ktoś jest zdziwiony?). Pojawiają się pierwsze plotki transferowe, pierwsze fakty transferowe, pierwsze kluby na urlopach… Znak to nieuchronny, że żużel się powoli kończy.

To znaczy: w tym sezonie. Oczywiście, że w tym sezonie!

Gdzie te mistrzostwa, młodzieżowe takie?

– A te i-em-eś-joty to się jeszcze nie zaczęły? – zagadnął ostatnio Mój Umiłowany, z którym sobie czasem przy herbacie o żużelku dyskutujemy. Znaczy, wtedy, kiedy akurat żużelka nie oglądamy, bo przy oglądaniu to już jakby z drewnem do lasu jeździć.

Nie, i-em-eś-joty o dziwo się nie zaczęły, czekając, aż się Grand Prix prawie skończy. Nie zaczęły się też – ani nie skończyły – Młodzieżowe Indywidualne Mistrzostwa Polski oraz analogiczne Rosji (czy też tego kraju, którego nazwy nie wolno wymawiać i trzeba mówić MFR). A tu wrzesień za drzwiami. Ta młodzież to jednak jeździ w warunkach iście bojowych…

Droga pogodo, weź sp…adaj!

Może nie powinnam tak żałować młodzieży, bo o ile w Polsce faktycznie się trochę przelewa i ulewa, o tyle w Togliatti, jeśli wierzyć Bartoszowi Zmarzlikowi, panuje idealna pogoda na plażowanko. Zaraz wyjdzie na to, że jak kiedyś jeździło się wakacyjnie na Grand Prix do Australii czy Nowej Zelandii (i średnio wychodziło, na ile pamiętam żużlowców w Melbourne w bluzach), to teraz wakacyjnym kierunkiem będzie Rosja centralny… to znaczy MFR centralny. Żal tylko, że normalny kibic, choćby chciał, do Togliatti się nie wybierze, ponieważ wstrzymane wizy turystyczne. Historyczne Grand Prix będzie wymagało solidnych poprawin w normalniejszych czasach.

Ale wiecie, że Zmarzlik jest już w Togliatti, to dopiero połowa drogi. Ważne, żeby jego motocykle dotarły i nikt ich nie zatrzymał na granicy. Ten rok jest tak szalony, że bym się wcale nie zdziwiła.

Awans i spadek w jednym stali domu

Zanim jednak wybierzemy się do MFR, wróćmy na chwilę do czasów minionych. Świeżo minionych, żeby nie było. Grand Prix Challenge w Żarnowicy od początku zapowiadało się intrygująco, i to mimo braku Martina Vaculika (na szczęście mieliśmy go na komentatorce w słowackiej stacji – liczy się!). W stawce było kilku żużlowców, którzy mogli spektakularnie wjechać do przyszłorocznego cyklu, a mogli równie spektakularnie objechać cykl szerokim łukiem. I parę potencjalnych niespodzianek, w tym Martina Smolinskiego. Niemiec jest trochę jak Chris Harris w latach swojej świetności – z Challenge’u wchodzi dokładnie wtedy, kiedy się tego nie spodziewasz. A potem wygrywa w Nowej Zelandii czy coś.

Ale ponieważ w przyszłym roku nikt raczej nie planuje Grand Prix Nowej Zelandii, Smolinski odpuścił temat. Dostali się za to Paweł Przedpełski i Patryk Dudek, obaj kończący tydzień w zgoła odmiennych humorach. Jeden strzelił dublet: narodziny córki i historyczny awans do Grand Prix. Drugi w ciągu jednego weekendu wrócił (do cyklu) i odszedł (z Ekstraligi wraz z Falubazem). Ale GP 2022 mają przyklepane obaj, a razem z nimi – Max Fricke.

Swoją drogą, czysto teoretycznie, gdyby Fricke utrzymał się w cyklu, moglibyśmy mieć w nim w przyszłym roku aż pięciu Polaków. Tylko że wiecie co? Od przybytku to jednak głowa czasem boli.

Czas teorii spiskowych

A propos bolącej głowy, to ja już mam migrenę od tych teorii spiskowych rodem z Ekstraligi. Że niby Fredrik Lindgren specjalnie pojechał poniżej swoich możliwości w meczu w Grudziądzu, żeby spuścić Falubaz do pierwszej ligi. Ludzie, on chyba ten Falubaz cały sezon spuszczał, bo z ręką na sercu nie pamiętam w tym roku meczu, w którym Lindgren ligowy przypominałby Lindgrena z Grand Prix. To nie syndrom Jasona Crumpa, to jakaś ulepszona wersja.

Druga moja ulubiona teoria spiskowa jest taka, że Unia Leszno specjalnie puściła w piętnastym wyścigu meczu z Lublinem Ratajczaka za Kołodzieja, żeby Lublin zdobył punkt bonusowy i wskoczył na drugie miejsce w tabeli. Jeszcze powiedzcie, że Koldi jest dogadany z Motorem na przyszły rok. Przypominam, że w takich emocjach człowiek ledwie się orientuje, jaki jest wynik (chyba że trwają biegi nominowane Grudziądza z Częstochową), a co dopiero, co się w tabeli dzieje z innymi zespołami. A Stal Gorzów niech się nie martwi, tylko tych swoich połamanych składa. Dobrze będzie, Stalo! Dobra karma też wraca, nie tylko ta zła, nie martwcie się.

Druga jest więcej niż ekstra

Mamy też pary półfinałowe lig niższych i, ku mej wielkiej rozpaczy, Kolejarz Opole zmierzy się z Lokomotivem Daugavpils. Serce mam rozdarte. Z jednej strony Kolejarze z Polski od bardzo dawna pukają do bram pierwszej ligi i byłabym przeszczęśliwa, gdyby zapukali w końcu skutecznie. Z drugiej są Kolejarze z Łotwy, totalnie odjechany zespół, który połowę sezonu jedzie wyłącznie wychowankami i jest spełnieniem snów najbardziej konserwatywnych kibiców o „swojej” drużynie. I komu tu kibicować? Za kim być?

A swoją drogą, tylu mamy Kolejarzy w tych play-offach, że zespół z Landshut powinien chyba zmienić nazwę na Landshut Eisenbahner, żeby pasować do zestawu. Kto to powie Niemcom?

Skoro zaś o Niemcach mowa…

Przejściowe mistrzostwa świata, odcinek 11

Pomyliłam się ostatnio w obliczeniach, ustalając, gdzie spotkamy się z nowokreowanym Przejściowym Mistrzem Świata, Martinem Smolinskim. Zupełnie zapomniałam, że przed ligowym meczem ma on jeszcze do zaliczenia Grand Prix Challenge w Żarnowicy.

Smolinski mistrzowski status stracił dopiero w trzeciej serii startów, przegrywając z Pawłem Przedpełskim. A torunianinowi odebrać ten triumf było niełatwo. Nie udało się Musielakowi, Klindtowi i Holderowi w biegu piętnastym… za to udało się Patrykowi Dudkowi w wyścigu ostatniej serii i najważniejszym dla startów drugiego z Polaków w przyszłorocznym cyklu Grand Prix.

Spadał więc Dudek z Ekstraligi w glorii Przejściowego Mistrza Świata. I mogłoby tak zostać, gdyby nie pojechał do Szwecji, gdzie jego Rospiggarna podejmowała na swoim torze Vastervik.

Wiecie, całe nieszczęście Patryka Dudka polegało na tym, że w przejściowych mistrzostwach świata nie liczy się, kto jest z kim w drużynie. Zielonogórzanin musiał oddać tytuł już w pierwszym biegu, koledze z zespołu – Timo Lahtiemu. Ale nie na długo, ponieważ w biegu szóstym Lahti grzecznie oddał Dudkowi koronę po to, by… dwa wyścigi później z powrotem ją odebrać. I tak by się przerzucali tym mistrzostwem jak gorącym ziemniakiem, gdyby nie Bartosz Smektała, który wmieszał się do zabawy w wyścigu numer dwanaście (być może dlatego, że Lahti nie jechał w nim z Dudkiem, a z Huckenbeckiem). Chcemy takiego mistrza, prawda?

No widzicie, a Lahti nie chciał. I jednak wziął sobie tytuł. Umarł mistrz, niech żyje mistrz! A my czekamy na kolejne mecze Rospiggarny, bo przecież nie Startu Gniezno.

fot. Emilia Hamerska – Lengas

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *