Skrawki toru (9): Lekarze i prawnicy

Pamiętacie, jak tydzień temu pisałam o czymś niezwykłym, co może się zdarzyć z winy moich włosów? No to chyba wykrakałam. Serdecznie przepraszam fanów Macieja Janowskiego… a może proszę o podziękowania fanów Artioma Łaguty? Czasem trudno stwierdzić, czy człowiek odpowiada za pecha osoby A, czy za szczęście osoby B.

Dzik jest dziki, Dzik jest zły…

Też bym była zła na jego miejscu! Nicki Pedersen, lat czterdzieści i cztery, trzykrotny Indywidualny Mistrz Świata et cetera został uznany za persona non grata duńskiego speedwaya. Powód wciąż ten sam: narozrabiał Dzik w rodzimej lidze, kłócąc się z sędzią przez telefon. Padło wiele przykrych duńskich słów (a mógł przeklinać po polsku, może by nie zrozumieli), a potem padła decyzja – zawieszenie na pół roku. Duński Związek Motocyklowy potem, nie bez nacisków, postanowił sprawę rozpatrzeć, ale we wtorkowy wieczór wydał werdykt: panie Pedersen, pan cztery miesiące nie pojeździsz. Niby skrócenie kary, ale to jak rezerwa typu kłoda za drewno – co za różnica, czy zawiesili go do lutego, czy do grudnia. Może gdyby jeździł w Argentynie…

Oczywiście tutaj przeplata się kilka wątków. Między innymi pytanie, czy zawodnik ma prawo być karany za emocje wobec sędziego, który z kolei nie jest karany nawet wtedy, gdy popełni błędy. I gdzie leży granica między emocjami a groźbami karalnymi. Ale to sobie zostaw na razie na boczku, będzie temat na sezon ogórkowy. Tymczasem wszystkich, którzy myślą, że już po herbacie, pragnę zapewnić, że nic z tych rzeczy. Otóż organ wydający decyzję popełnił błąd, który może się okazać kołem ratunkowym rzuconym duńskiemu żużlowcowi.

Otóż w decyzji można znaleźć słowa następujące (przekład z duńskiego mój, może być koślawy, ale sens zawiera): „[Nicki Pedersen] ze swoim doświadczeniem i wybitnymi wynikami sportowymi na przestrzeni lat powinien stanowić wzór do naśladowania dla całej dyscypliny, co stawia mu szczególne wymagania również względem szacunku wobec sędziów”. A wiecie, święta zasada w duńskim prawie jest taka, że wszyscy są wobec tego prawa równi. Prawnicy Pedersena mogą więc spokojnie zinterpretować cytowany fragment jako dowód na to, że inny zawodnik, mniej doświadczony i utytułowany, zostałby potraktowany łagodniej.

Wiecie co? To wszystko brzmi, jakby nawet Związek bardzo nie chciał ukarać Nickiego. Aż tak by się podłożyli prawniczym bublem? A może po prostu wiedzą, że właśnie weszli na prostą drogę do konfliktu z GKSŻ, a co najmniej GKM?

Nie martwcie się, będę donosić z placu boju.

Piekło leży w Lublinie

Nicki załatwiony? Najbardziej bieżąca spośród bieżących spraw chwilowo przymknięta (jak Ekstraliga dla grudziądzkiego zespołu po tym newsie)? Dobrze, to można wrócić do tematów chronologicznie wcześniejszych. A przede wszystkim do głównego: historycznych pierwszych rund Grand Prix w Lublinie.

Wstydliwe wyznanie: nie widziałam żadnej z nich na żywo. W trasie byłam, zdarza się. Widziałam za to wyniki i aż sobie kilka wyścigów podejrzałam. O ile bowiem podejrzewałam, że Maciej Janowski może nie utrzymać w Lublinie pozycji lidera cyklu SGP, o tyle spadku aż na piąte miejsce i dwóch katastrofalnych występów kompletnie się nie spodziewałam.

Popatrzyłam na te wyścigi i cóż, jazda Magica przypominała mi chociażby inne lubelskie boje – te, które pod koniec maja toczył ze swoim motocyklem Emil Sajfutdinow. Silnik się znarowił i koniec, nie pojedzie, choćby człowiek siłą woli go pchał. Na tym sprzęcie, który miał, Janowski odjechał, ile mógł – a może nawet więcej, może zrobił jakiś punkt czy dwa wspomnianą siłą woli. I niby pamiętam, że najlepszy jego silnik skonał ostatnio w Gorzowie, ale to i tak jest szok, kiedy widzisz, jak bardzo człowieka może zniszczyć jego własny sprzęt.

Zasada jest prosta: słaby żużlowiec nawet na najlepszym silniku nie zostanie mistrzem świata, no chyba, że cała reszta stawki dramatycznie odstawałaby sprzętowo; z kolei bardzo dobrego żużlowca słaby silnik może zwyczajnie zniszczyć. Czy to stało się z Maciejem Janowskim? Z pewnością. Czy gdyby nie defekt w Gorzowie, zostałby mistrzem świata? Tego nie wiem, ale stawiam dolary przeciw orzechom, że przynajmniej do jednego półfinału by się dostał.

Raz pisarka, zawsze pisarka

Przypadek Janowskiego ruszył tę część mojego mózgu, która odpowiada za produkcję intryg i pchanie ich do fikcyjnych światów – a potem zastanawianie się, czy te intrygi, ups, nie mogłyby zaistnieć też w rzeczywistości. Przyszło mi więc do głowy, czysto teoretycznie, że tak duża rola sprzętu, a konkretnie – tuningu sprzętu – to prosta droga do tego, by o mistrzowskich tytułach decydowały już nie umiejętności i nawet nie pieniądze, a sympatie tunerów. Ile lat minie, zanim jakiś tuner uzna, że nielubianemu klientowi można w sprzęcie zostawić niespodziankę, a temu ulubionemu dołożyć coś ekstra, żeby był jeszcze szybszy? Dwa? Pięć?

A przecież otwieranie silników i ich przegląd u kogokolwiek, kto nie jest danym tunerem, jest ponoć sprzeczne z etyką, więc żużlowiec może jedynie zaufać na słowo. Wiecie, ja ludziom nie ufam, bo ludzie są tylko ludźmi. I gdybym była tunerem, pojedynczą sztuką człowieka, nie obiecuję, że taka myśl, żeby pomóc komuś, kogo lubię, nie przeszłaby mi przez głowę. Nie mam pojęcia, jak zminimalizować ryzyko wystąpienia takiego problemu w przyszłości, ale jedno wiem na pewno – lepiej zapobiegać niż leczyć. Ktoś ma jakieś pomysły, jak zapobiegać?

To są, słuchajcie, intrygi, o których by można zrobić film, a nie jakieś tam romanse z żużlem w tle.

Szpital imienia Bermudów

Ze sfery problemów wyimaginowanych przejdźmy do problemów realnych. Czyli na przykład do problemu zespołu Moje Bermudy Stal Gorzów. Czterech podstawowych zawodników kontuzjowanych. Sytuacja nie do pozazdroszczenia. Co gorsze, nie istnieje przepis o „transferze medycznym”, który postuluje prezes Marek Grzyb – a zmiana reguł w trakcie gry, choć w polskim żużlu nie jest niczym nowym, zawsze budzi etyczny sprzeciw.

Z drugiej strony – to nie sytuacja, w której zespół postanawia posłać na L4 najsłabszego seniora i wykorzystać luki prawne na wzmocnienie. Sytuacja gorzowskiej ekipy jest absolutnie nie do pozazdroszczenia – i po ludzku współczuję zespołowi, który budował swoją moc przez cały sezon, bo jeżeli nie stanie się nic nadzwyczajnego, będzie w playoffach skazywany na pożarcie już w półfinale.

To rodzi pytanie: jakie przepisy wprowadzić, by uniknąć takiej sytuacji, a jednocześnie by nie doszło do takich nadużyć, z jakimi mieliśmy do czynienia w ubiegłym roku przy okazji przepisu o gościu? Nie jest rozwiązaniem postulowana przez niektórych szeroka ławka rezerwowych. Pamiętajcie o specyfice żużla: nie jeździsz – nie zarabiasz. Jaki zawodnik dobrowolnie da się skazać na brak jazdy w zawodach, brak punktów, brak pieniędzy?

Każdy, kto ma choć trochę pary pod tyłkiem, wybierze pewny skład w pierwszej czy nawet drugiej lidze. Z kolei łatanie składu juniorami miałoby sens… gdyby to były dwie, góra trzy kontuzje. Ale cztery, w tym dwóch podstawowych juniorów? Tę młodzież to Stal musiałaby chyba importować z połowy polskich klubów.

Pytania są, a odpowiedzi brak. Jak to zwykle w polskim żużlu. Ktoś jeszcze jest zdziwiony?

Przejściowe mistrzostwa świata, odcinek 9

Daniel Bewley postanowił uratować ten cykl i raczył wystąpić, w glorii Przejściowego Mistrza Świata, w meczu Belle Vue Aces z Peterborough Panthers. Wyglądało to obiecująco, w końcu w składzie „Panter” widnieli tacy jeźdźcy jak Scott Nicholls czy Chris Harris (a kto nie chciałby, żeby Chris Harris został mistrzem świata!). Tymczasem rzeczywistość poszła swoją ścieżką.

Cztery starty Bewleya oznaczały cztery trójki, nawet punkciku oddanego koledze z zespołu. Już myślałam, że Dan dostanie nagrodę specjalną za bycie tym zawodnikiem, który najdłużej utrzyma przejściowe mistrzostwo świata. I może i tak dostanie, ale mistrzem już nie jest, ponieważ w przedostatnim jego meczowym starcie tytuł odebrał mu… siedemnastoletni Jordan Palin.

Chłopak, który wcześniej startował w półfinale Drużynowych Mistrzostw Europy dla Młodych Zawodników (nie wiem, jak inaczej nazwać coś, co jest do lat 23) i w finale Indywidualnych Mistrzostw Europy Juniorów. Tylko że właśnie, STARTOWAŁ. Dokąd teraz zawędruje Przejściowe Mistrzostwo Świata? Jednego jestem pewna: będzie ciekawie, i to jak! Czekajcie na kolejne wieści, a ja trzymam rękę na pulsie i obserwuję kolejne starty młodego Brytyjczyka.

fot. Emilia Hamerska – Lengas

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *