Skrawki toru (16): Kto zjada ostatki, ten jest piękny i gładki

Dziwny ten sezon, przyznacie to sami. Te najważniejsze rozstrzygnięcia: tytuł Indywidualnego Mistrza Świata oraz nazwę Drużynowego Mistrza Polski vel Najsilniejszej Ligi Globu już poznaliśmy, a na całą resztę przyszło zaczekać. To trochę jakby człowiek zjadł już wigilijnego karpia, rozpakował prezenty, a dopiero potem ubierał choinkę. Niby można, ale w sumie po co?

Skrawki toru (15): Coś się kończy… albo zaczyna?

Człowiek wcale nie znikąd

Pamiętam, jak po drugiej wrocławskiej rundzie Grand Prix z lekkim niedowierzaniem spoglądałam na klasyfikację generalną IMŚ i ustalałam, co się jeszcze zmieni. „Dobra, Łaguta medalu nie zdobędzie”, powiedziałam wtedy. Potem było jeszcze „Lublin Łagutę zweryfikuje”, „Szwecja go zweryfikuje”, „no ale Vojens to już na pewno”. Nie wierzyłam, krótko mówiąc.

Bo ten Artiom Łaguta to w mojej głowie wciąż był trochę młodszy brat Griszy. Spokojniejszy. Nie tak narwany. Nie tak spektakularny. Nie tak zapamiętywalny.

I nadal taki jest, tylko oprócz tego jest pieruńsko szybki i skuteczny. Co mu będzie zapamiętane, podobnie jak pierwszy tytuł IMŚ dla Rosji. A że nie pod flagą i bez hymnu, to już jest skandal – bo abstrahując od zasadności takiej właśnie kary to akurat rosyjski żużel od wieków nic nie dostał od państwa, dlaczego więc ma ponosić odpowiedzialność na równi z dyscyplinami hojnie przez Ministerstwo Sportu i okolice dotowanymi? Niesprawiedliwość to zwyczajna. Świństwo, jak to się mówi.

Wszyscy zadowoleni?

No ale nie mówmy na razie o świństwach, bo tak miło się to Grand Prix skończyło, że dobrze by było tę „miłość” utrzymać. Zobaczcie, dawno nie było takiego zadowolonego podium klasyfikacji generalnej! Artiom Łaguta to się samo przez się rozumie, Bartosz Zmarzlik zadowolony z piątego medalu w sześć sezonów, a Emil Sajfutdinow to promieniał tak podejrzanie, jakby on osobiście ten medal z najcenniejszego kruszcu przywiózł. A i tuż za podium nie mogło być tak źle – Fredrik Lindgren przebył w tym sezonie naprawdę długą drogę, a znowuż Maciej Janowski miał taki spadek formy, że powrót na najwyższe obroty w Grand Prix to jak mistrzostwo świata.

Mało tego, można powiedzieć, że poza Oliverem Berntzonem, Matejem Zagarem i Krzysztofem Kasprzakiem wszyscy w cyklu mieli powody do zadowolenia, jeśli nie w sobotę, to kilka dni później, gdy ogłoszono dzikie karty. Normalnie El Dorado. Żyć nie umierać, panowie.

Czekając na Godota…

…a właściwie to na zmiany. Nowy promotor światowego speedwaya, nowa wizja żużla, nowa era, coś tam coś tam. Bardzo miła piątkowa konferencja, z wizją, której od BSI nie doczekaliśmy się przez długie lata – znaczy się, dość konkretną i nawet spójną. Tylko niestety w beczce miodu piątkowego występu Discovery Sports Events pojawiają się kolejne łyżki dziegciu.

Nowy kalendarz SGP to nic innego jak stary kalendarz SGP – zero nowych lokacji prócz niepewnej „Oceanii” (dobrze, że nie oceanu), cztery (!!!) rundy w Polsce (mogło być gorzej wszelako, przez ostatnie dwa lata mieliśmy po sześć) i pomysł rozgrywania wszystkiego w jeden dzień, łącznie z treningiem i kwalifikacjami. Kto zrobi tor, który się nie rozpadnie? Na dodatek dzikie karty to nic innego jak TOP12 z 15 stałych uczestników Grand Prix. Gdyby nie Mikkel Michelsen i wchodzący z challenge’a Paweł Przedpełski oraz Patryk Dudek, mielibyśmy takie zmiany, że brak zmian.

No ale ja wierzę w nową ekipę i pozwolę sobie na cytat z pewnego kultowego filmu: „Spokojnie, zaraz się rozkręci”. Oby poszło lepiej niż w filmie, prawda?

Ostro w tej Ekstralidze

W ogóle byłam w tym roku prawdopodobnie najgorszą obstawiaczką żużla w historii i dobrze, że złamanego grosza na ten sport nie postawiłam. Mało, że nie wierzyłam w Artioma Łagutę – hańba mi, hańba! – to jeszcze nie przekonywał mnie ostrowski zespół. Nawet play-offów mu nie wróżyłam, a co dopiero Ekstraligi. To był skład bardzo porządny, ale bez gwiazd, bez takiego porządnego efektu wow… No, przynajmniej dopóki sezon się nie zaczął.

Odkrycie sezonu to cała ostrowska juniorka. Ależ ci chłopcy wyrośli przez ostatnie dwa sezony. Ależ transformację przeszli – od zwykłych juniorów do juniorów-predatorów. Strach się bać, jaki potencjał jeszcze się czai w takim na przykład Sebastianie Szostaku, który na antenie stwierdził, że w sumie to czas mu regularnie wygrywać z seniorami. Chłopie, gdzie, jeszcze masz szmat kariery przed sobą!

Ale potęga Ostrovii to nie tylko młodzież. To też „juniorzy starsi”, czyli Grzegorz Walasek i Tomasz Gapiński. To dopasowani do składu obcokrajowcy. To wreszcie rodzinna atmosfera, którą widać na każdym kroku – i ogromna w tym zasługa zespołu trenersko-prezesowskiego w osobach Mariusza Staszewskiego i Waldemara Górskiego. Po obu widać pasję, zaangażowanie i gotowość na wszystko dla ukochanego zespołu. A widok prezesa przybijającego piątkę z zawodnikami po prezentacji w pierwszej części dwumeczu zostanie ze mną na długo. Takich ludzi potrzebujemy w tym sporcie. Chapeau bas, drogi Ostrowie. To będzie zaszczyt mieć cię w najlepszej lidze świata.

Przejściowe mistrzostwa świata, odcinek 16

W rubryce Przejściowych Indywidualnych Mistrzostw Świata dzieje się równie dużo, co w ostatnich rundach Grand Prix. Ale czy efekt równie zaskakujący?

W trzecim wyścigu piątkowych zawodów Bartosz Zmarzlik wystartował po raz pierwszy – i na dzień dobry uległ Taiowi Woffindenowi. Brytyjczyk zaś, zwietrzywszy szansę na pierwszy indywidualny tytuł w tym sezonie, przez kolejne trzy wyścigi był niepokonany. Mistrzostwo odjechało mu w ostatniej serii rundy zasadniczej, gdy do mety dotarł na ostatniej pozycji. Tytuł przeszedł w ręce Leona Madsena – który to już raz w tym sezonie? Ale zaraz przyszły półfinały i mistrzostwo wydarł Duńczykowi Artiom Łaguta – zrobił to w półfinale, a w finale nie pozostawił wątpliwości, że chce być zarówno IMŚ, jak i PIMŚ.

Przystępował więc Łaguta w glorii czempiona do zmagań sobotnich… i oto już w pierwszym swoim starcie oddał koronę. Ale blisko oddał, rodakowi, Emilowi Sajfutdinowowi. Ten zaś jeszcze w kolejnym biegu był najlepszy, a w wyścigu dziesiątym przekazał mistrzowski tytuł… Taiowi Woffindenowi. Ten w piętnastym biegu zwrócił mistrzostwo tam, skąd wziął je w piątek – Bartoszowi Zmarzlikowi. A Zmarzlik może i w półfinale na moment oddał PIMŚ Artiomowi Łagucie, ale odebrał je od niego w finale.

W tym momencie można by opuścić kurtynę, ale przecież sezon wcale się jeszcze nie skończył. Przed nami mecz Polska – Reszta Świata, w którym wystartuje nasz przejściowy mistrz. A jeżeli i wtedy uda mu się utrzymać tytuł, czeka go i kolejny sprawdzian w postaci Speedway of Nations.

Joanna Krystyna Radosz

fot. Sonia Kaps

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *