Skrawki toru (15): Coś się kończy… albo zaczyna?

Współczuję wrocławskiej Sparcie. Wiem, że to dość kontrowersyjne wyznanie, biorąc pod uwagę, że mowa o klubie, który w niedzielę po piętnastu długich latach oczekiwania został w końcu Drużynowym Mistrzem Polski, i to w pięknym stylu (zwłaszcza gdy spojrzeć na dominację Sparty na przestrzeni całego sezonu). Ale cóż zrobić – Sparta ma upragnionego mistrza, a w żużlu tyle się dzieje, że najdalej za trzy dni wszyscy (poza samymi wrocławianami) o tym fakcie zapomną. No nie godzi się!

Największe zwycięstwo całego żużla

Show zostało ukradzione Sparcie już nazajutrz po finałowym meczu, ale myślę, że w tym konkretnym przypadku ani włodarze, ani kibice wrocławskiego klubu nie mają tego za złe sprawcy zamieszania. Oto rano pojawiły się pierwsze przecieki, a wieczorem Mirosław Jabłoński potwierdził oficjalnie: jego syn, Mateusz, wybudził się ze śpiączki. Żyje! Chłopak, o którego zdrowie i życie drżeliśmy przez ostatni miesiąc, żyje! To mały żużlowy cud i chociaż wiadomo, przed Mateuszem długa i żmudna rekonwalescencja, to dziś liczy się, że wygrał najważniejszy wyścig. Ba, zdublował rywala!

Myślę, że tutaj mogłabym ten felieton zakończyć, żeby ta optymistyczna nuta pozostała z wami przez najbliższy tydzień. Ale jednocześnie obawiam się, że szefostwo nie doceniłoby mojego pragnienia podniesienia na duchu żużlowej społeczności. Jednak czytając dalej, pamiętajcie – wszystko, o czym napiszę, jest mniej ważne od tego najważniejszego: mamy z powrotem Matiego Jabłońskiego!

Corrida w imię czego

Niestety, możni świata żużla nie wyciągają wniosków z wypadków i z faktu, że to sport sam w sobie dość niebezpieczny, by mu nie dokładać. Druga runda Indywidualnych Mistrzostw Świata Juniorów była smutnym żartem – z publiczności i przede wszystkim z samych młodych zawodników. Ktokolwiek przygotował tor, zrobił to fatalnie. Nie trzeba statystyków, by policzyć, ile biegów zakończyło się (i w ogóle zaczęło!) w pełnej obsadzie. Najbardziej ucierpieli Mark Karion i Ernest Matjuszonok, którzy musieli się z zawodów wycofać, ale nie byli jedynymi ofiarami toru niemającego nic wspólnego z „dobrym żużlem”. W końcu poobijany Mateusz Cierniak na pewno nie mógł pojechać na miarę swoich możliwości w rewanżowym finale Ekstraligi. A Francis Gust? Łotysz pewnie prowadził w półfinale, awans do biegu finałowego miał na wyciągnięcie ręki, a przez nawierzchnię zaliczył upadek i musiał się pożegnać z marzeniami o podium. W sytuacji, kiedy rund IMŚJ jest zaledwie trzy sztuki, taki loteryjny tor może się okazać bardzo kosztowny dla zawodników. I serio, nie interesuje mnie, ilu Polaków było w finale, bo bardziej się martwię o to, ilu żużlowcom może się odechcieć startu w tej prestiżowej imprezie przez takie cuda.

Ktoś powie: „nooo, kiedyś to by pojechali”. Na szczęście te czasy, kiedy bezczynnie patrzyliśmy na corridę, już minęły. I to, mam nadzieję, bezpowrotnie.

To dobre miejsce, żeby dodać: w takich zawodach nawierzchni nie przygotowuje klub, tylko organizator. I tak samo nie klub, tylko organizator przygotowywał nawierzchnię podczas Speedway of Nations w Daugavpils. A Lokomotivowi oberwało się zupełnie niezasłużenie.

Ostro i coraz bardziej po swoje

O rewanżowych ostatnich meczach Ekstraligi trudno coś wielkiego powiedzieć. Przebiegły bez niespodzianek, no chyba że dla kogoś jest niespodzianką:

  1. Brak kompletu Bartosza Zmarzlika
  2. Prawie komplet Emila Sajfutdinowa na pożegnanie z Unią Leszno
  3. Oddanie przez wspomnianego Sajfutdinowa biegu nominowanego juniorowi
  4. Znakomita postawa wrocławian na własnym torze
  5. Fakt, że Motor Lublin bez Grigorija Łaguty nie tak bardzo, ale jednak przegrał finały

Co innego tak zwane ligi niższe. Tam się działo tyle, że aż nie mogę się doczekać rewanżu, choćby ten w pierwszej lidze wydawał się sprawą przesądzoną. Mecz w Ostrowie obserwowałam z trybun i muszę przyznać od razu – spodziewałam się minimalnego zwycięstwa gospodarzy albo ich minimalnej przegranej. Ale 60:30? Biedni krośnieńscy kibice, którzy nie w takiej małej ilości przybyli do Wielkopolski. Niegościnny się dla nich Ostrów okazał. I niby takiej straty w finałach już się nie odrabia, ale są na świecie i w polskich ligach żużlowych rzeczy, o których się nie śniło filozofom. Ja zatem spokojnie poczekam z werdyktami.

Jeszcze ciekawiej jest w drugiej lidze. Jasne, Opole u siebie to absolutna potęga, ale czy odrobią 14 punktów straty do Niemców z Landshut? Czy doczekamy się drugiego w historii zagranicznego klubu w pierwszej lidze? Tyle pytań, tak mało odpowiedzi!

Swoją drogą, to dość kuriozalne, że nie finał Ekstraligi wieńczy sezon w Polsce. Przez to wydaje się jakiś taki… zwyczajny. A nie powinien być, w końcu to ostatni dwumecz najsilniejszej ligi świata! (Czy coś.)

O Grzegorzu, co się kar nie bał

Saga Grzegorza Walaska trwa. Teraz dostał karę za to, że powiedział o działaczach to, co inni głównie pomyśleli: że to paranoja, zmuszać do startów w zawodach o nic żużlowców, którzy gorzej się czują. Mniejsza o to, czy Walasek faktycznie był chory, czy nie chciał nadstawiać karku dla garstki kibiców i samozadowolenia GKSŻ, bo mistrzostwa pierwszej ligi do niczego innego nie służą. W tym momencie interesuje mnie, że zawodnika w kiepskim stanie, potencjalnie niebezpiecznego dla siebie i rywali, centrala planuje ciągać po torze ku uciesze gawiedzi.

A jak się ktoś, nie daj Boże, zabije, to pewnie będą ronić krokodyle łzy i zastanawiać się, jak mogło do tego dojść… Dlaczego jechał, skoro był w kiepskiej kondycji?

Kiedy o tym myślę, marzę sobie po cichu. Moje marzenie jest nierealne, ale się nim podzielę: otóż marzę, żeby najlepszy polski żużlowiec, Bartosz Zmarzlik, był tym, który głośno powie – dosyć. Dosyć dyktatu działaczy, dosyć robienia z zawodników niewolników, dosyć bezmyślności władz żużla. Bo jeżeli kogokolwiek mogą posłuchać zamiast odruchowo karać, to tylko Zmarzlika.

Ale Zmarzlik tego raczej nie zrobi – i ja go rozumiem. Ponieważ włodarze mogą też nie posłuchać i ukarać, a kariera żużlowca to niepewny kawałek chleba i trzeba ją wyciskać jak cytrynę, póki jest okazja. To jednak nie przeszkadza mi marzyć, że sami zawodnicy doczekają się godnego i cieszącego się posłuchem ambasadora.

Nie drażnić byka

Unia Leszno jako pierwsza podała skład na sezon 2022. To trochę dziwne, biorąc pod uwagę, że jeszcze się nawet wrzesień nie skończył – ale jak mnie uświadomiono, w pełni zgodne z regulaminem. To dobrze. Do kogoś w końcu dotarło, że ten okres transferowy to niezła fikcja.

Słyszę głosy, żeby go w ogóle usunąć, skoro nikt ustaleń nie przestrzega. I z jednej strony może faktycznie, ale z drugiej – wtedy beniaminek miałby jeszcze trudniejszą sytuację. W końcu kto będzie negocjować z zespołem, którego status ontologiczny… tfu, ligowy!… jest niepewny? Chyba głównie desperaci.

Przejściowe mistrzostwa świata, odcinek 15

W tym tygodniu w rubryczce Przejściowych Indywidualnych Mistrzostw Świata panuje straszliwa nuda. Otóż, proszę państwa, Bartosz Zmarzlik przyjechał na domowy tor, na dzień dobry przegrał z Emilem Sajfutdinowem, a w ostatnim starcie Rosjanina, czyli biegu trzynastym, odbił tytuł, a potem nie oddał go w wyścigu piętnastym. A ponieważ nigdzie potem nie pojechał, Zmarzlik pozostaje PIMŚ i zostanie nim co najmniej do piątkowej rundy Grand Prix. O rozwoju sytuacji poinformujemy, nic się nie martwcie.

fot. własne

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *