Skrawki toru (14): Polska mistrzem Polski

Chciałabym napisać coś miłego. Naprawdę bym chciała. Ale jak tu pisać miłe rzeczy, kiedy człowiek patrzy na stan żużla i ma ochotę bić czołem o najbliższą powierzchnię płaską? I nie, wyjątkowo nie chodzi mi o Speedway of Nations, bo wbrew słowom wielu ekspertom, SoN to nie najgorsze, co mogło nas spotkać. Porażka Unii Leszno na domowym torze w meczu o brąz tym bardziej.

Ale tam nie jedź!

Jeden z najgorętszych tematów ostatnich dni to (obok przedwczesnych transferów) zakaz jazdy w Szwecji dla niektórych zawodników. Mowa przede wszystkim o Jarosławie Hampelu i Bartoszu Zmarzliku, ale nie wiem, czy sprawa się nie rozprzestrzeniła. Już wiemy, że Lejonen Gislaved, które straciło podstawowego zawodnika – Hampela – i nie awansowało do półfinału Elitserien, nałoży karę na żużlowca za złamanie warunków umowy. Jasne, Motor Lublin pewnie to opłaci, ale… czy naprawdę w tej sytuacji chodzi tylko o pieniądze?

Rozumiem, finał ligi i strach przed kontuzją czołowego zawodnika to straszna sprawa. Ale założmy taką sytuację: oto Artiom Łaguta, walczący wszak o tytuł Indywidualnego Mistrza Świata, stwierdza, że on by nie chciał się kontuzjować przed walką o najwyższe cele i jednak zrezygnuje z udziału w finale Ekstraligi. Wyobrażam sobie, co by się działo i jakie piekło zapanowałoby w polskim żużlu. Wystarczy podnieść do sześcianu piekło związane parę lat temu z Jasonem Doyle’em, który trochę odpuszczał polską ligę w imię skupienia na Grand Prix. A on przecież nie dość, że w meczach jeździł, to o złoto się nie bił!

Ja wiem, ktoś zaraz powie, że nie da się tego porównywać, bo przecież polska liga płaci najwięcej, a w ogóle to najlepsza liga świata… Odpowiem: pieniądze to nie wszystko, a złoto, jak widać po zawodnikach, smakuje równie dobrze w Polsce czy w Danii. Sami krzyczymy, że to sport, a nie tylko biznes – a potem oburzenie, że ktoś traktuje żużel jak… sport, a nie tylko biznes?

Dygresja, czyli kącik Pedersena

W moim cyklu felietonów „Babskim Okiem” w innym miejscu sieci (nie podaję, ale kto chce, ten znajdzie) miałam ongi „kącik Pedersena”, bo jakoś tak wypadało, że co tekst, to i Nicki się pojawiał. Analogiczny kącik chyba zaraz powstanie tutaj, ale kwestia „sport, nie tylko biznes” i „złoto wszędzie smakuje tak samo dobrze” przypomniała mi relację ze świętowania przez Holsted Tigers tytułu mistrza Danii.

Umówmy się, Holsted to taka duńska Unia Leszno przez ostatnie 15 lat co najmniej. Dużo tych tytułów mają. I niby liga kadłubowa, niby nawet nie wszyscy najlepsi Duńczycy tam jeżdżą, co dopiero mówić o innych nacjach, ale świętowanie złotego medalu mieli po całości. Nicki Pedersen otwierał szampana łyżwą, taki kozak.

A pamiętacie, jak Smederna Eskilstuna niespodziewanie została mistrzem Szwecji parę lat temu? Była taka impreza, że dziwne, że Szwecja po niej nie utonęła. Odbieranie tego zawodnikom „bo najwięcej zarabiają w Polsce” tylko pokazuje, że nie wszyscy dorośliśmy do bycia żużlową potęgą. Albowiem jak mawiał pewien superbohater: z wielką mocą wiąże się wielka odpowiedzialność.

Ja nie jestem superbohaterką, więc dodam tylko: ale by się co poniektórzy darli te niespełna dwie dekady temu, gdyby brytyjskie kluby zabroniły swoim zawodnikom startów w play-offach Ekstraligi. Pamięć jednak jest krótka.

To elementarne, drogi Watsonie

Dziwi zatem niepomiernie, że z jednej strony mamy powszechne przyzwolenie na zakaz startów w fazie play-off w innej lidze, a z drugiej udział w zawodach o guzik prezesa, BYLE W POLSCE, nie jest żadnym problemem. W ten sposób Motor Lublin omal nie stracił Wiktora Lamparta przez Drużynowe Mistrzostwa Polski Juniorów.

Ale to jeszcze nie szczyt absurdu. Szczytem jest to, co się dzieje w pierwszej lidze. Grzegorz Walasek musi udowadniać, że źle się czuł podczas mistrzostw ligi, ale teraz czuje się już na tyle dobrze, by wystartować w finale pierwszej ligi. Bo wiecie, na play-offach w Szwecji można się kontuzjować, ale na imprezach w Polsce to już nie, no co wy…

Serio, budowanie rzekomego prestiżu tych międzynarodowych mistrzostw lig przez zmuszanie zawodników do udziału i rozliczanie ich z tego, że udział był nie dość dobry, byłoby zabawne, gdyby nie chodziło o żywych ludzi. Ryzykujących życiem podczas uprawiania ukochanej dyscypliny. Czy ktoś tu nie zna elementarnej maksymy „z niewolnika nie ma pracownika”?

Polski żużel powinien poważnie przemyśleć priorytety. Bo te obecne są, powiedzmy sobie wprost, wybitnie krótkowzroczne.

Zostawcie drugą ligę, nie zabijajcie jej

Nie chodzi tylko o to, że jak tak dalej pójdzie, to skutecznie zabijemy żużel wszędzie poza Polską w imię tej naszej potęgi. Polski też dobijemy szybciej, niż nam się wydaje.

Byłam optymistką, kiedy Speedway Ekstraliga przedstawiała swój pomysł na wersję 3.0. Zbytnią optymistką. Obowiązkowe drużyny młodzieżowe wydawały mi się szansą dla speedwaya. Na swoje usprawiedliwienie mam tyle, że wtedy nie wiedziałam, co dokładnie wymyślili działacze i w swojej naiwności sądziłam, że zainspirowali się współpracą Unii Leszno z Kolejarzem Rawicz.

Nie. Oni tę współpracę dobili i przekreślili ewentualną pomoc innych drużyn ekstraligowych dla drugoligowców albo obecnie nieistniejących ośrodków. Zastanawiam się: po co? Po co w każdym ekstraligowym mieście dwie drużyny, co koniec końców przywiedzie do zawężenia żużlowej geografii. Czy ktoś te pomysły tetował w ogóle?

A mnie się podobało!

W całym tym nawale złych wiadomości promyczkiem były Speedway of Nations. Możecie nie lubić. Możecie tęsknić za DPŚ. Ale czy w DPŚ byłaby szansa na pokazanie się takich zawodników i takie interesujące starcia jak walka Niemców z Francuzami o ostatnie premiowane awansem do finału miejsce? Tor w Daugavpils był fatalnie przygotowany, jasne. Nie przez miejscowy klub, a przez genialnego Phila Morrisa (chociaż na ten przykład torowi w Togliatti nie pomógł nawet fakt, że Oleg Kurguskin konsekwentnie uciekał przed Morrisem i jego genialnością).

Ale nawet na tym kiepskim torze w sobotę działy się rzeczy ze wszech miar intrygujące. Czy działy się w piątek, tego nie powiem, bo akurat wracałam z wakacji. Podziękujcie lotnisku Ławica, które stanowczo za długo nie chciało mi oddać walizek… Może gdybym dostała mój bagaż jak bogowie przykazali, byłabym innego zdania o „Speedway of Nothing”.

Przejściowe mistrzostwa świata, odcinek 14

Jak pamiętacie, ostatnim Przejściowym Mistrzem Świata przed moją wakacyjną przerwą był Kai Huckenbeck. Niemiec pojechał jak na mistrza przystało także w swoich kolejnych zawodach, półfinale 2. ligi żużlowej, gdzie zdobył 14+1 punktów. Teoretycznie zatem mógłby pozostać na szczycie, ale przecież u nas nie ma swoich i rywali. Zatem Huckenbecka tytuł kosztowało 5:1 w biegu 15, w którym dojechał za plecami kolegi z drużyny Landshut Devils. Takim oto sposobem nowym mistrzem został Dimitri Berge. A jego mistrzostwo potrwało do… słynnego Speedway of Nations. Tak, to był dobry powód, żeby w napięciu oglądać drugi półfinał SoN.

Już w swoim pierwszym starcie na Łotwie Dimitri Berge postanowił oddać mistrzostwo… starszemu koledze, Davidowi Bellego. Ten zaś w kolejnym starcie zwrócił je Kaiowi Huckenbeckowi. I kiedy już się zdawało, że Huckenbeck, po dwóch kolejnych zwycięstwach, przyjedzie do domu z tytułem, do akcji wszedł Jason Doyle. A kiedy już wszedł, nie dał sobie odebrać miana niepokonanego aż do końca zawodów.

Tytuł zatem pojechał… do Leszna. Na ten mecz o brąz, w którym Stal Gorzów okazała się lepsza. I, jak nietrudno się domyślić, patrząc na to, ile trójek przywiozła Stal na Smoczyku, do Gorzowa powędrował i tytuł.

Doyle przekazał mistrzostwo już w swoim pierwszym starcie, w którym uległ Andersowi Thomsenowi. Duńczyk pozostał czempionem, aż do 12 biegu, kiedy mistrzostwo odbił mu Doyle. Australijczyk jednak nie zdołał obronić tytułu Przejściowego Mistrza Świata przed atakiem w ostatnim wyścigu… aktualnego mistrza świata, Bartosza Zmarzlika. Historia zatoczyła więc koło, Zmarzlik ma w garści wszystkie mistrzostwa, a kolejny etap walki o PIMŚ odbędzie się w rewanżowym spotkaniu z Unią Leszno na gorzowskim terenie.

fot. Łukasz Wilk

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *