Niemiecki żużel nie taki słaby – Wittstock promuje talenty zza Odry

W momencie ogłoszenia MSC Wolfe Wittstock, jako nowej drużyny 2. Ligi Żużlowej, pojawiało się wiele głosów zwątpienia co do zdolności rywalizowania niemieckiej ekipy z polskimi drużynami. Miała być łatwym dostarczycielem punktów, powodem bankructw i ośmieszeniem działalności najniższego poziomu rozgrywkowego. Patrząc na miniony sezon nie można powiedzieć, by Wilki z Wittstocku zawiodły. Niejednokrotnie, głownie u siebie, pokazywali się z dobrej strony. Pokonali na własnym owalu RzTŻ Rzeszów, Metalika Recycling Kolejarza Rawicz oraz SpecHouse PSŻ Poznań. Mecze wyjazdowe faktycznie nie należały do udanych. Zdarzały się bardzo wysokie porażki, choćby w Krośnie i Opolu. Można to usprawiedliwić nieznajomością polskich obiektów. Dla większości zawodników w ekipie zza Odry to było pierwsze ściganie na naszych owalach. Na co dzień do czynienia mają z torami o innej geometrii i długości. Część z nich bardziej specjalizuje się w longtracku niż w żużlu klasycznym. Dlatego, mimo zajęcia ostatniego miejsca, nie uznałbym ich debiutanckiego sezonu za totalną klapę.

Trzeba jednak przyznać, że dzięki Wolfe Wittstock polscy kibice mieli możliwość zobaczyć, że za zachodnią granicą są zawodnicy z potencjałem i to przynajmniej na miarę Martina Smolinskiego, Kevina Wölberta czy Kaia Huckenbecka. Ba, oni są w stanie zajść w tym sporcie dalej, niż starsi koledzy po fachu. Przecież jest to w większości bardzo młoda drużyna. Na przestrzeni całego sezonu zdecydowanie najlepiej pokazał się mistrz świata na długim torze – Lukas Fienhage. Średnią w wysokości 1,884 można uznać za naprawdę dobry rezultat. 21-letni zawodnik był najpewniejszym punktem niemieckich Wilków i jedną z rewelacji rozgrywek. Takiej jazdy w jego wykonaniu mało kto się spodziewał, choć eksperci śledzący Speedway Bundesligę oraz rezultaty Niemców w różnorodnych turniejach mogli oczekiwać sprawienia niespodzianki. Najwięcej punktów zdobywał w meczach domowych przeciwko drużynie z Rawicza (14+1) oraz z Poznania (13+2), startując w każdym z nich pięciokrotnie. Rezultaty osiągane przez utalentowanego juniora nie umknęły uwadze działaczy z polskich klubów i prawdopodobnie znajdzie zatrudnienie w roli zawodnika do lat 24 w mocniejszym zespole.

Lukas Fienhage to niejedyny ciekawy zawodnik w Wolfe Wittstock. Dobre występy notowali też Sandro Wassermann (22 lata), Steven Mauer (25 lat), Lukas Baumann (21 lat) oraz Ben Ernst (17 lat). Ten ostatni ledwie 2 lata temu został mistrzem świata w kategorii 250cc na toruńskiej Motoarenie. Miałem okazję obserwować te zawody. Młody Niemiec pozostawił wtedy w pokonanym polu Mateusza Bartkowiaka, Keynana Rew, Karola Żupińskiego, Jordana Palina i Leona Flinta. Jest to talent, który może się jeszcze bardzo rozwinąć. W sezonie 2020 w 2. Lidze Żużlowej najlepszy występ zanotował w Rzeszowie, gdzie zdobył dziesięć punktów z bonusem w sześciu startach. No i pierwsze punkty polskich rozgrywkach zdobyła także kobieta – Celina Liebmann.

Oczywiście, Wolfe Wittstock to jeszcze nie kaliber Lokomotivu Daugavpils i ich systemu produkcji świetnych juniorów. Łotysze przez wiele lat byli jedną z sił eWinner 1. Ligi, nawet dwukrotnie zwyciężyli w tych rozgrywkach. Brak perspektywy awansu do Ekstraligi jednak nie przyciągał zagranicznych liderów i pozostało odbudowywanie innych zawodników. A i pozostali w klubie wychowankowie nie stanowili jeszcze tak mocnych punktów, by utrzymać drużynę w lidze i dla Lokomotivu sezon 2020 zakończył się spadkiem. Niemniej trzeba im oddać, że wychowali dobrych żużlowców, jak Maksim Bogdanow, Andrzej Lebiediew, przechodzący w wiek seniora Oleg Michaiłow czy wciąż uczący się Francis Gusts. Jest też Jewgienij Kostygow, któremu niestety przeskok w wiek seniorski się z marszu nie udał. Ostatnie jego występy dają jednak nadzieję na powrót do dyspozycji z etapu juniorskiego. Lokomotiv wraz z Wolfe w przyszłym roku zmierzą się ze sobą na poziomie 2. Ligi Żużlowej. Dwie zagraniczne szkoły żużla będą miały okazję do bezpośredniego porównania swoich zasobów ludzkich. A kto wie, przy odrobinie szczęścia może dołączy do nich ukraiński ośrodek żużlowy z Równego, który już kiedyś miał okazję występować w najniższej klasie rozgrywkowej. Tamtejsi fani i środowisko jest spragnione żużla na wysokim poziomie. Turnieje organizowane u południowo-wschodnich sąsiadów potrafią ściągnąć na trybuny nawet do 10 tysięcy widzów.

2. Liga Żużlowa może stać się zatem międzynarodowymi rozgrywkami, które pomogą w promocji tego sportu w sąsiednich krajach. I byłby to szczytny cel. Życzę jednak niemieckim ligom, czyli Speedway Bundeslidze oraz Speedway Team Cup (drugi poziom rozgrywkowy) wewnętrznego rozwoju i powiększania lig, szczególnie tej najwyższej, która po 2019 roku skurczyła się z pięciu do czterech zespołów. To zdecydowanie za mało, tym bardziej, że w Niemczech liczba owali do żużla klasycznego jest porównywalna z tą posiadaną w Polsce. Potencjał zatem jest, tylko wielce niewykorzystany. Trzymam kciuki też za żużel we Francji. Mają dwóch świetnych reprezentantów, którzy robią kawał reklamy w żużlowym świecie. Liga francuska posiada obecnie cztery zespoły. Z roku na rok rozwija się w kwestii sportowej i marketingowej. Ostatnio natrafiłem na facebookowej stronie rozgrywek na wyścigi w Lamothe-Landerron nagrywane z drona. Wygląda to naprawdę interesująco i polecam każdemu to sprawdzić. Organizacja rozgrywek idzie w dobrą stronę i z optymizmem zapatruję się na przyszłość francuskiego żużla.

Prawda jest taka, że potrzebujemy więcej krajów w naszym żużlowym światku, który przecież tak wszyscy uwielbiamy. Szczególnie potrzeba tych dużych państw. Rywalizacja ligowa w Polsce to jedno, ale od zawsze kibiców grzały także starcia z innymi nacjami i porównania do zawodników zagranicznych. Kiedyś dla nas niedoścignionych, dzisiaj już w zasięgu naszych reprezentantów. Jeżeli w przeciągu kilku lat Francja zbuduje solidną, atrakcyjną dla większych nazwisk ligę i zaczną się pojawiać na arenie międzynarodowej efekty szkolenia, to będzie dobry znak dla rozwoju tego sportu. Tego samego życzę także zachodnim sąsiadom, którzy potencjał mają, tylko jeszcze niewykorzystany i za słabo dofinansowany. A przecież widnieją na kartach historii takie postaci, jak indywidualny mistrza świata Egon Muller, którego na wielkim obiekcie w Norden w 1983 roku mało kto potrafił doścignąć. Widnieje też zwycięzca GP Nowej Zelandii z 2014 – Martin Smolinski. Czy ktoś pójdzie śladem tych panów? Przed Lukasem Fienhage czy Benem Ernstem jeszcze wiele lat kariery. Jeżeli odpowiednio się rozwiną, to powinni przeskoczyć poziomem jazdy Smolinskiego, Huckenbecka czy Wölberta i być solidnymi postaciami zespołów przynajmniej na poziomie eWinner 1. ligi. Fienhage już budzi zainteresowanie lepszych klubów. Spodziewam się, ze jeśli Wassermann, Ernst i Baumann będą się dalej rozwijać, to również ich nazwiska zaczną się przewijać w transferowych plotkach po kolejnym sezonie.

Promujmy żużel w wielu miejscach na świecie, a nasz ulubiony sport się nie zwinie.

0Shares

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *