Wszyscy chcą, ale nikt nie może, czyli problem zagranicznych lig w dobie koronawirusa

Sezon 2020 był jednym z najbardziej zwariowanych w ostatnich latach, ale nie ze względów sportowych, lecz organizacyjnych. Epidemia spowodowała, że nikt nie mógł wychodzić z domu, a co dopiero organizować zawody sportowe. Sytuacja jednak diametralnie się zmieniła, gdy Ekstraliga przyjęła reżim sanitarny i zgodziła się organizować mecze bez udziału kibiców. Potem przyszedł czas na Czechy, gdzie szybko zaczęli organizować treningi i zawody indywidualne, zmagania ligowe wystartowały tam jednak dopiero we wrześniu. Rozgrywki rozpoczęły się również w Rosji. Dalej przyszedł czas na szwedzką Bauhaus-Ligan i turnieje międzynarodowe.

W przyszłym roku wiemy tylko tyle, że rozgrywki rozpoczną się w Polsce, w Szwecji i pewnie w Rosji. Nie wiadomo jednak, czy tym razem do regularnych rozgrywek wróci 2. liga szwedzka, czyli Allsvenskan League. Spore szanse na start ma Metal Speedway League (rozgrywki żużlowe w Danii), która w 2020 roku się nie odbyła, ale na chwilę obecną wszystkie kluby zadeklarowały chęć przystąpienia do kampanii, ale potencjalnym problem jest to, że będą musiały udźwignąć finansowy ciężar organizacji meczów bez udziału publiczności. Jest to spora komplikacja, ponieważ wciąż nie wiemy, gdzie i na jakich warunkach kibice będą mogli dopingować ukochane kluby z perspektywy trybun. Podobnie wygląda sytuacja na wyspach, gdzie od początku mówiono o tym, że sezon odbędzie się, kiedy kibice będą mogli wejść na stadiony. Efektem takiego postawienia sprawy był brak jakiegokolwiek ligowego ścigania w tym kraju. Podobno istnieje szansa, że w przyszłym roku fani w Wielkiej Brytanii będą mogli w ograniczonej ilości wejść na stadiony, ale wszystko zależy od nacisku środowisk piłkarskich. Brytyjski rząd nie za bardzo liczy się z żużlem, co pokazali, odmawiając ligom i klubom finansowej rekompensaty za rok bez ligi. Model finansowy żużla na wyspach opiera się na wpływach z biletów, a zdaniem federacji ich brak nie pozwoli pokryć kosztów organizacji ligi. W Czechach znowu obostrzenia są spore, a o organizacji zawodów na razie nie ma mowy, ale do wiosny sytuacja może ulec zmianie.

Największy problem ma obecnie Speedway Bundesliga (niemiecka liga żużlowa). W zeszłym roku do polskich rozgrywek dołączyli Wolfe Wittstock, a w tym roku na ten sam ruch zdecydowali się Landshut Devils. Na czym polega wspomniany problem? W Niemczech pozostały tylko 3 kluby, które mogłyby wziąć udział w lidze. Obecnie nie mówi się o jakichkolwiek szansach na rozpoczęcie rozgrywek u naszych zachodnich sąsiadów, a mała liczba drużyn powoduje, że regularna organizacja rozgrywek ligowych w Niemczech traci sens, a sama liga w najbliższym czasie może upaść. W tej sytuacji pojawiają się głosy, by przyjąć wszystkie niemieckie kluby do polskiej ligi. Tutaj też pojawia się problem. Dojazd z Niemiec do Polski trochę jednak kosztuje, tak jak zbudowanie drużyny na miarę polskich rozgrywek, gdzie ze względu na większą ilość spotkań i przymus stawienia się na każdym meczu zawodnicy mają wyższe wymagania finansowe niż w mniejszych ligach składających się z 4. drużyn. Nie każda drużyna zdecyduje się na taki ruch. Wciąż też nie wiemy jak z transportem poradzą sobie Davils Landshut, których w najbliższym sezonie będzie czekał wyjazd m.in. do Dyneburga. Zawodnicy razem z mechanikami chcąc dostać się na mecz, będą musieli przejechać prawie 1650 km!

Za granicą każda drużyna chce odjechać pełne rozgrywki i kontynuować swoje żużlowe tradycje, ale obostrzenia utrudniają sytuację finansową klubów i to właśnie ten aspekt może zadecydować o braku rozgrywek w zagranicznych ligach. Oczywiście dobrze by było, aby zagraniczne drużyny w sezonie 2021 miały możliwość wystąpienia w rodzimych ligach, ale istotny jest również format takich rozgrywek. W Szwecji, czy w Rosji kluby ograniczały się praktycznie tylko do krajowych zawodników, którzy nie jeździli w Polsce. Efektem tego był niski poziom i zmniejszenie zainteresowania sportem żużlowym, ale to wciąż jest lepsze niż całkowity brak żużla, który mimo tego, że sytuacja jest lepsza niż w marcu/kwietniu wciąż grozi zagranicznym ośrodkom żużlowym. Przypomnijmy tylko, że sezon żużlowy w Europie rozpoczyna się dopiero na wiosnę, do tego momentu wiele rzeczy może ulec diametralnej zmianie, ale sytuacja nie wygląda zbyt obiecująco, a same deklaracje i dobre chęci to może być zbyt mało, by w czasach pandemii zaplanować, a następnie zorganizować i odjechać ligę.

fot. Karol Cześnik

0Shares

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *