Takich żużlowców już nie ma… Sławomir Drabik – złotousty „bad boy” polskich torów

Zacznijmy od najważniejszych osiągnięć Pana Sławka. Dwukrotny Indywidualny Mistrz Polski (1991 i 1996) oraz srebrny medalista (1997). Drużynowy Mistrz Świata z niemieckiego Diedenbergen (wraz z Tomaszem Gollobem i Piotrem Protasiewiczem) z 1996 r. Srebrny medalista Indywidualnych Mistrzostw Europy (Slany 2003) oraz Mistrzostw Europy Par (z Krzysztofem Jabłońskim i Adamem Skórnickim, Terenzano 2007). Złoty (1996), dwukrotny srebrny (2004, 2006)  i dwukrotny brązowy (2005, 2007) medalista Drużynowych Mistrzostw Polski – poza 2004 rokiem (Wrocław) zdobyte z Włókniarzem Częstochowa. Oprócz tego zwycięzca m.in. Złotego kasku (1991), Memoriału im. Alfreda Smoczyka (2003) oraz Memoriału im. Gerarda Stacha (2007) oraz Mistrzostw Polski Par Klubowych (z Sebastianem Ułamkiem i Mateuszem Szczepaniakiem w Bydgoszczy w 2006 r.).

Trochę się tych tytułów nazbierało. Z pewnością Drabik senior zapisał się na stałe na kartach historii polskiego speedwaya. Jednak to z powodu swojego wyjątkowego, czasem niewyparzonego, czasem nawet bezczelnego, zawsze nasyconego niezwykłym humorem języka i niepowtarzalnego stylu bycia zostanie on zapamiętany na jeszcze dłużej. Bo nawet na proste z pozoru pytanie „jaka jest najlepsza impreza według dwukrotnego indywidualnego mistrza Polski?” Drabik odpowiedział po swojemu:

„Najlepsza impreza jest po wypiciu trzech litrów whisky na głowę”.

Pomimo, że zawsze uwielbiał rowery, motocykle, majsterkowanie przy silnikach itp., to karierę żużlową rozpoczął stosunkowo późno. Na pierwszy trening Włókniarza trafił dopiero w wielu 17 lat. Jednak czy miał jakiś inny pomysł na życie? Kiedyś na pytanie czym by się zajmował, gdyby nie był żużlowcem odpowiedział w swoim stylu:

„Pewnie zbieraniem butelek”.

Zresztą jego przepis na karierę i życie żużlowca był w miarę prosty:

„Zawody, ostro w beret, zawody, ostro w beret”.

Tak samo zresztą, jak pomysł na każdy kolejny mecz i bieg:

„Standardowo najpierw prosto, a potem trochę w lewo”.

Czyż nie przypomina to słynnych wypowiedzi Adama Małysza na temat bułki z bananem i skupiania się wyłącznie na kolejnym skoku? Trochę tak, ale styl Drabika mimo wszystko jest niemożliwy do skopiowania.

Co może wydawać się prawie niemożliwe w dzisiejszych czasach, kiedy już w wieku juniorskim, przed rozpoczęciem jazdy „na serio” zawodnicy zmieniają barwy klubowe, Drabik od 1984 do 2000 roku reprezentował barwy częstochowskiego klubu. Pierwszy sezon był dość słaby – średnia biegowa poniżej 1 pkt./bieg,  jednak potem aż w 10 sezonach w tym okresie osiągał średnią powyżej 2 pkt/bieg (w 1989 r. aż 2,740 w II lidze). Po 2000 roku jeździł w Pile, Opolu, Wrocławiu, by w 2005 roku powrócić na 3 lata do Częstochowy, potem rok pojeździć w Tarnowie, znów 2 lata w Częstochowie, by karierę skończyć w Rybniku w 2011 roku. Łącznie przejechał w Częstochowie aż 22 sezony. Nie ma się więc co dziwić, że szczególnie pod Jasną Górą cieszy się wielką estymą i tam jest otoczony szczególną legendą.

Czy jednak to częstochowski tor był ulubionym torem Drabika? Trudno powiedzieć, ponieważ na pytanie:
„jakie tory sprawiają Ci najwięcej trudności”? Odpowiedział po prostu:

„Kwadratowe”.

Natomiast, żeby sytuacja była jasna, stwierdził również, że najlepiej współpracowało mu się z trzema klubami:

„Z Częstochową, Koreą Południową i Afryką”.

Wiemy też, że w Zielonej Górze jeździł od dawien dawna, bo kiedyś zdobył 16 punktów, kiedy:

„tor w Zielonej Górze był jeszcze zaminowany”,

a także ma dużą wiedzę na temat toru Ljubljanie:

„jest tak przyczepny, że wystają tylko kaski zawodników”.

Natomiast innym razem, kiedy dziennikarz stwierdził: „Dochodzą słuchy, że będziesz jeździł w Łodzi”. Sławek odparł:

„A tak, słyszałem… w łodzi podwodnej”.

Natomiast z pewnością dla drużyny, w której występował był zawsze w stanie zrobić wiele. Nawet, kiedy kontuzja nie pozwoliła mu na start, dziennikarz przeprowadzający z nim wywiad grzecznie zauważył, że mimo to jest w parkingu i pomaga swojej drużynie. Co na to Sławek?

„E tam pomagam, raczej przeszkadzam przeciwnikom, przebijam opony i takie tam.”

Niewątpliwie ważną osobą w karierze każdego żużlowca jest jego mechanik. W przypadku Slammera, mechanikiem (mechaniczką?) była słynna „babcia”.

„Babcia wie o co chodzi. Do sezonu jest przygotowana perfekt. Zakupiłem jej reformy oraz góralskie skarpety. Powinno być dobrze”.

Niestety również z babcią zdarzały się problemy i nie zawsze była gotowa do pracy, a jej forma fizyczna zostawiała wiele do życzenia:

„Babcia się trochę roztyła i teraz jest poważny problem, bo nie mieści się w warsztacie…”

Z drugiej strony, wiedza Drabika na temat maszyny żużlowej również jest wysoce zaawansowana. Przecież na pytanie „Panie Sławku co Pan robi?” Grzebiący przy sprzęcie częstochowianin odrzekł:

„Reguluję hamulce”.

Trzeba przyznać, że regulować hamulce w żużlowej maszynie nie jest łatwo :-). Najważniejsze jednak, że motory chodziły, jak trzeba. Czyli jak?

„Brrrr, brym, brym bryyyyyymmm”.

Oczywiście nie zawsze wszystko wychodziło, jak sobie można było zażyczyć i Drabika nie omijały kraksy i kontuzje. Nawet wtedy nie tracił werwy i dobrego humoru.

Po karambolu w kwalifikacjach do IMŚ, kiedy nabawił się kontuzji kręgosłupa, stwierdził, że czuje się dobrze,

„Jest fajnie, dużo mnie tu szprycują”,

chociaż zdawał sobie sprawę z trudnościami związanymi z swoją profesją:

„No, kupa była konkretna. Ale taką mam robotę a nie inną. Moment nieuwagi i po zabawie. Nic nie mogłem poradzić. To tak, jakbyś stał na światłach nowym mercedesem, a tu ktoś nagle wali cię w dupę Syreną Bosto, a na łeb spada ci cylinder…Teraz mi do śmiechu, ale wtedy nie było”.

Wreszcie niezadowolony z decyzji arbitra powiedział kiedyś:

„Nie wiem co robił sędzia, może kanapki jadł”.

Z karierą Drabika łączą się również piękne, niemal romantyczne historie. W 2008 roku w finale IMP w Lesznie wystąpiła cała czwórka kompanów z toru, czyli Sławomir Drabik, Grzegorz Walasek, Adam Skórnicki i Tomasz Jędrzejak. Cała czwórka kiedyś postanowiła sobie, że każdy będzie indywidualnym mistrzem Polski i na przestrzeni lat dokonała tego wyczynu. Drabik dwukrotnie, Walasek w 2004 r., Skórnicki właśnie w 2008, a Jędrzejak w 2012 r. Jak stwierdził Skórnicki, Sławek miał udział w każdym z tych medali.

Oczywiście wielu kibicom żużla Drabik kojarzy się obecnie z jego alkoholowymi historiami. Ale czy to nie była przemyślana taktyka? Przecież Slammer kiedyś stwierdził, że tak często porusza ten temat:

„A, bo może jakiś sponsor od wina się zakręci…?”

Chyba się nie zjawił, bo kiedyś Drabik na pytanie, co pije, odpowiedział:

„Kwas z akumulatorów”.

Slammer doskonale wiedział, z czego wynikały jego dobre wyniki:

„No cóż, zmieniłem łychę zwykłą na dwunastoletnią”.

Albo:

„Pomagają mi jogurciki podawane przez babunie w topless” (przy czym topless miał tu kluczowe znaczenie”,

a także spadki formy:

„Wytrzeźwiałem!”

Forma Drabika była zresztą uzależniona jednoznacznie od jednego czynnika:

„Zależy o której i z jakiego baru mnie wyciągną”.

Przypomnijmy tu anegdotę (a może prawdziwą historię) z poznańskiego turnieju upamiętniającego 15-lecie startów Adama Skórnickiego. Zabawa z pewnością była przednia:

„Nie zabrakło także niespodzianek i zabaw z przymrużeniem oka. Po jednym z biegów, kierownik drużyny Bank Spółdzielczy Duszniki, Dariusz Górzny złożył protest, w którym twierdził, że zawodnicy zespołu Złomrex – Puszakowski, Grzegorz Walasek i Sławomir Drabik są pod wpływem alkoholu. Niezbędne okazało się badanie alkomatem, który nie wskazał na spożycie, chociaż Sławomir Drabik nie chciał pokazać swojego wyniku. Coś chyba było na rzeczy, bowiem żużlowiec Unii Tarnów pojawił się na torze w biegu nr 16, w którym nie startował. Dodatkowo nie miał na sobie kasku, a dosiadał zwykły motocykl, na którym pierwsze kroki stawiał Adam Skórnicki. Szybka interwencja kierownika startu ujawniła, że Drabik pod plastronem ma schowaną wypitą do połowy butelkę whisky”.
[https://sportowefakty.wp.pl/zuzel/14365/swietna-zabawa-i-niezle-sciganie-w-turnieju-z-okazji-15-leci]

Drabik zdobył zresztą 7 punktów w tym turnieju w 4 startach, więc całkiem nieźle.

Adam Skórnicki jednak mówi też o drugiej twarzy swojego przyjaciela. Według niego medialne wystąpienia Drabika to tylko maska, a w rzeczywistości zawsze był bardzo profesjonalnym zawodnikiem. Inna sprawa, że nie z każdym chce rozmawiać. Może z tego wynikają odpowiedzi takie jak na pytanie, jaki typuje wynik: 

„Tradycyjnie piłkarski. 3:1”.

Lub też:

„Włókniarz wygra w karnych”.

Czy takich żużlowców już nie ma? Trudno powiedzieć. Pewnie niejeden z zawodników jeżdżących po polskich torach ma podobny charakter do Sławomira Drabika, ale nikt nie miał i nie ma tyle śmiałości, i bezpośredniości, co były lider Włókniarza Częstochowa. „W dzisiejszych czasach” jednak ważniejszy niż kilkanaście, czy kilkadziesiąt lat temu jest PR. Poprawność polityczna i mówienie tego, czego wymaga sponsor / prezes / telewizja. Pan Sławek nigdy nie dał się wcisnąć w te sztucznie narzucone ramy i nadal pozostaje sobą.

Nic zresztą straconego. Podobno Slammer jeszcze wróci na tor. Pytany niegdyś, kiedy skończy karierę, odrzekł z pewnością siebie:

„Jakoś po osiemdziesiątce”.

Zatem, Panie Sławku, czekamy 🙂

fot. facebook.com/SławomirDrabik

0Shares

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *