Igranie z torem

O tym, że pogoda potrafi spłatać figla w najmniej oczekiwanym momencie, wiedzą już prawdopodobnie wszyscy żużlowi zapaleńcy. Niejeden z Was pewnie już kiedyś znalazł się w sytuacji, że rozsiadł się wygodnie na krzesełku w doborowym towarzystwie, ze schłodzonym trunkiem w ręce i… nie wiedzieć skąd i dlaczego nad stadion zawitały niskie, ciemne chmury zwiastujące katastrofę w to, jak dotąd, piękne popołudnie. Pogoda nie wybiera, a może się zdawać, że jak na złość zmiany atmosferyczne trafiają się zawsze w żużlowy dzień, nigdy inaczej. Trudno nie zrozumieć frustracji kibica, kiedy po całym tygodniu ciężkiej pracy przychodzi długo wyczekiwany weekend, a wraz z nim nowa kolejka żużlowych rozgrywek. Niestety mecz, na który się wybrałeś, bądź zamierzałeś obejrzeć go w telewizji, zostaje przełożony. Tak się już niestety zdarza, na pogodę nie mamy wpływu. Mecz się odbędzie w innym terminie, w lepszych warunkach, więc ostatecznie nic straconego.

Ale, ale! A jeśli to tylko przelotne opady? 5-10 minut i po krzyku. Możemy jechać, przecież tor był przygotowany na taką ewentualność…

A nie, czekaj, chyba jednak niekoniecznie…

Brak plandeki, nie ubicie toru przed zapowiadanym deszczem, rozwalająca się nawierzchnia i tworzące się rynny na łukach. Znajome, prawda? Niestety co pewien czas jesteśmy uraczani takimi obrazkami. Zamiast mijanek mamy rodeo, widowiskowe upadki i zderzenia żużlowców nie mogących zapanować nad swoimi motocyklami. A niekiedy też wielominutowe przechadzki sędziego, toromistrza i sztabów szkoleniowych po torze i dyskusje czy jechać, czy przerwać. “Fascynujące” widowisko. Kto za to odpowiada? Komisarze torów? Toromistrzowie? Czy jeszcze ktoś inny?

Od sezonu 2021 każdy klub będzie miał obowiązek posiadania i korzystania z plandek, które ochronią tor przed zapowiadanymi deszczami. Będzie to skuteczne rozwiązanie na wypadek krótszych opadów, które już nie spowodują rozwalenia  toru tuż przed rozpoczęciem meczu. Brakowało tego rozwiązania  w ostatnich latach. Niektóre spotkania dałoby się uratować zastosowaniem plandeki, choć i bez niej niekiedy po intensywnych opadach dało radę doprowadzić nawierzchnię do stanu używalności. Niech za przykład posłuży mecz MrGarden GKMu Grudziądz z ówczesnym Get Well Toruń z 2017 roku, z którego znamy słynne obrazki przedstawiające Roberta Kościechę (wtedy jeszcze szkoleniowca toruńskich juniorów) samodzielnie zamiatającego wodę z toru.  Mecz udało się odjechać, a przyjezdni z Grodu Kopernika wygrali tamto spotkanie po interesującym widowisku. Najświeższym przypadkiem tego typu jest spotkanie Betard Sparty Wrocław również z MrGarden GKM Grudziądz. Wrocławianie po opadach doprowadzili tor do porządku przed pierwszym biegiem, a między seriami nie wyjeżdżał na owal ciężki sprzęt. Efekt? Dobre widowisko, nowe rekordy toru, a także dosyć bezpieczna jazda bez spektakularnych upadków. Można?

Wzorem w przygotowaniu nawierzchni po opadach są Szwedzi, którzy potrafią w bardzo sprawny sposób doprowadzić tor do należytego stanu i odjechać zawody bez zbędnego przekładania. Może komisarze, toromistrzowie i działacze klubowi powinni zostać wysyłani na szkolenia na drugą stronę Bałtyku, aby przenieść ich wzorce na nasz grunt? Wyszłoby to taniej niż powtórne organizowanie spotkań, a drużyny przyjezdne nie ponosiłyby większych kosztów dojazdu, niż zakładano. Kibicom również oszczędzono by frustracji, a przecież o nich też chodzi w tym biznesie. Łatwiej byłoby także przyciągnąć sponsorów, którzy nie byliby raczeni obrazkami godzinnego zastanawiania się czy przerwać mecz czy jednak spróbować odjechać.

Nie będę sugerował robienia betonowych torów, bo nie o to chodzi w żużlu. Nadmierne ubijanie szkodzi widowisku i tu nie trzeba przytaczać przykładów. Tych kibice widzieli zbyt dużo. Jeśli żużel ma być atrakcyjny i widowiskowy, przyciągać sponsorów i nowych kibiców, to niech kluby i działacze żużlowi zarządzający rozgrywkami zadbają o to, by przygotowywaniem torów zajmowali się profesjonaliści, którzy znają się na rzeczy. Co nam po tak samo przyczepnych torach na całej szerokości, skoro w takiej sytuacji zawodnicy będą sie trzymać wyłącznie krawężnika, bo to będzie najkrótsza droga? Rozumiem, że tor ma być bezpieczny, bez pułapek ale doszło do skrajności. Może czas zmienić zasady przygotowywania torów i zadbać o to, by pod bandą również można było się rozpędzić i wyprzedzać? Dajmy możliwość stworzenia kilku szybkich ścieżek. Dopuśćmy przyczepniejsze tory (oczywiście odpowiednio przygotowane), aby młodzi zawodnicy nauczyli się jeździć i walczyć w różnych warunkach.  

Czas poważnie zastanowić się nad instytucja komisarza toru i jego obowiązkami. Nie zabijajmy żużla fatalnym przygotowaniem nawierzchni. Odejdą sponsorzy, kibice i wtedy rzeczywiście ten sport się skończy. Skoro posiadamy najlepszą ligę na świecie, to bądźmy wzorem w każdym aspekcie, podnośmy standardy widowiska, dążmy ku większej atrakcyjności. Nie serwujmy festiwalu jazdy gęsiego czy upadków spowodowanymi niewłaściwym, przekombinowanym przygotowaniem toru. Zadbajmy o to, by zredukować liczbę przerywanych czy przekładanych meczów. Oczywiście jak pisałem wcześniej, warunki pogodowe, jak ciągły i długi opad deszczu, nie zawsze na to pozwolą. Tym niemniej należy nad aspektem zabezpieczania i przygotowywania nawierzchni koniecznie się pochylić. Bo póki co za mało jest czystego sportu w dyskusjach o sporcie żużlowym, a za dużo kontrowersji organizacyjnych oraz sędziowskich. Aczkolwiek to ostatnie to temat na inny tekst.

fot. źródło Sebastian Maciejko

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *