Żużel - Best Speedway Tv

Spowiedź Frątczaka! - "Postanowiłem, że jednak pojadę na mecz, żeby się wyłączyć" | Żużel - Best Speedway TV
Skip to content Skip to sidebar Skip to footer
Spowiedź Frątczaka

Spowiedź Frątczaka! – „Postanowiłem, że jednak pojadę na mecz, żeby się wyłączyć”

Spowiedź Frątczaka! – „Postanowiłem, że jednak pojadę na mecz, żeby się wyłączyć”

Były menadżer żużlowy, a obecny ekspert, Jacek Frątczak, specjalnie dla Best Speedway Tv opowiada o pamiętnych derbach z 2012 roku, wpływie osobistej tragedii na jasność postrzegania sytuacji oraz dzieli się przemyśleniami z perspektywy minionych lat.
Pamiętne derby

W 2012 roku derby ziemi lubuskiej zakończono z dużym niesmakiem. Skandal i wzajemne obwinianie się o nie przerwanie zawodów w odpowiednim momencie były przez długi czas bardzo medialnym tematem. Dla tych, którzy nie do końca kojarzą tamtejsze zajście przypominamy, że podczas tego spotkania pomiędzy Gorzowem a Zieloną Górą napłyneła informacja o śmiertelnym wypadku Lee Richardsona. Zawody pomimo to kontynuowano, Gorzowianie wygrali dwa kolejne biegi, po czym reprezentanci z marwispl Falubazu Zielona Góra nie wyjechali na tor. W parku maszyn wrzało, a Jacek Frątczak tłumaczył, że zawodnicy Falubazu nie chcieli kontynuować zawodów już od momentu, w którym dowiedziano się o tragedii. Jak zatem były zielonogórski menadżer patrzy na tę sytuację z perspektywy czasu?

Ten derbowy mecz miał pewien kontekst i ciąg przyczynowo-skutkowy. Mianowicie pół roku wcześniej, w sezonie 2011 doszło do przerwania meczu derbowego na skutek opadów deszczu. Po tym spotkaniu zmieniły się przepisy. My odjechaliśmy wówczas osiem biegów w Gorzowie, a w rewanżu piętnaście. Potem zmieniono przepisy, że aby zaliczyć mecz w play-offach, trzeba tych biegów odjechać dwanaście, bo powstały nierówne szanse. My na ten deszcz wtedy nie mieliśmy wpływu. Strona gorzowska dominowała w tym meczu i tak naprawdę niebiosa nas uratowały. […] W kontekście tego spotkania ja słyszałem takie teksty, że „znowu próbujecie przerwać mecz”

Był to ciężki czas dla Jacka Frątczaka. W cieniu własnej rodzinnej tragedii, pomimo wszystko pojawił się on wtedy w parku maszyn, by być ze swoją drużyną. Jak sam podkreśla zrobił to również dla siebie.

Tak, to się zgadza. Kiedyś o tym mówiłem, dopiero po czasie. Kiedyś powiedziałem, że jeżeli człowiek nie jest w pełni sprawny emocjonalnie czy też zdrowotnie, mentalnie, to w przypadku takiego sportu jak żużel, z perspektywy nie tylko zawodnika, ale też działacza, szczególnie na tak zwanej linii frontu, trzeba takie podejście zawsze zweryfikować. Albo samemu wiedzieć, że nie jestem w stanie podołać działaniu, albo ktoś musi to powiedzieć komuś z boku. Natomiast mi się wydawało wtedy, że jest to pewnego rodzaju forma ucieczki na stadion od tego, co nieuchronne, czyli od śmierci najbliższej mi osoby. Mówiąc szczerze, ja trochę stchórzyłem wtedy i uciekłem na stadion, żeby sobie głowę zająć czymś innym, bo spodziewaliśmy się, że ta śmierć nadejdzie.

Sam ze sobą walczyłem w tej sprawie. W rodzinie zdania były podzielone. Jedni mówili, żeby jechać, drudzy, żeby zostać. Ja nie miałem wpływu na to, co się dzieje. Nauka, którą czerpałem od psychologów, z którymi pracowałem, jest taka, żeby nie skupiać się na rzeczach, na które nie mamy wpływu lub po prostu się ich nie bać. Ja się pożegnałem z tą osobą, liczyłem na to, że być może to się nie wydarzy, ale samo przeżywanie tego było bardzo trudne.

Reklamy

Mieliśmy w ogóle bardzo emocjonalny weekend. Moja najstarsza córka miała w ten weekend Pierwszą Komunię. […] W trakcie Komunii informacja ukrywana przez moich rodziców do mnie dotarła. Chodzi o moją babcię, która mnie w gruncie rzeczy w dużym stopniu wychowywała, ponieważ mama była ciężko chora, jak byłem mały. […] Wobec tego choroba babci i jej śmierć była dla nas sporym przeżyciem. Postanowiłem, że jednak pojadę na mecz, żeby się wyłączyć.

Cały przebieg zdarzeń tamtego spotkania nie był jednak pomocny dla byłego menadżera zielonogórskiej drużyny. Jacek Frątczak nie był w stanie podołać skomplikowanej sytuacji i chociaż doskonale znał wagę swojej roli, sam wie, iż tym razem nie stanął na wysokości zadania.

Wiedziałem, że w takich meczach derbowych, w których dużo się dzieje poza torem, ważna jest osoba, która wie, co powiedzieć, wie, jak się zachować, wie, jak poprowadzić komunikację, wie, co zasugerować sędziemu, wie, w jaki sposób ustawić zespół, co możemy wykorzystać w ramach tak zwanych wartości dodanych. Ja wtedy jednak nie byłem sprawny. Muszę powiedzieć, że miałem wrażenie, że oglądam ten mecz z perspektywy telewizora. Mimo tego, że byłem w środku, czułem jednak, że jestem wyciszony. Głowa była gdzieś indziej.

To, co było zawsze moją mocną stroną, czyli taka chłodna głowa i szybkość podejmowania dobrych, trafnych decyzji. Wówczas rzeczywiście byłem totalnie pogubiony i wiem, że nie dałem drużynie tego, co powinienem. Nie byłem ostoją spokoju, nie byłem fundamentem, który w sposób racjonalny z takich sytuacji kryzysowych wychodzi. Mimo tego, że byłem czynnym uczestnikiem wydarzeń, odbiór tych zdarzeń nie był przeze mnie odczytywany prawidłowo.

Śmierć bliskiej osoby i zawodnika, z którym Frątczak współpracował. Tragiczne wydarzenia, które wprost nakładały się na siebie. Na taki zestaw zdarzeń nie można przygotować się w żaden sposób.

Pamiętajmy o tym, że Lee Richardson był w sezonie 2004 naszym zawodnikiem, także myśmy się znali. Chłopaki go znali z toru, Jonas Davidsson był jego bardzo bliskim przyjacielem, tak samo Rune Holta, który wtedy u nas występował. […] To nie była dla nas postać kompletnie anonimowa. Natomiast całe to zdarzenie pamiętam. Byliśmy na trackwalku z drużyną przed meczem. Wszyscy widzieliśmy ten wypadek i powiem szczerze, wywołał na nas ogromne wrażenie. Cały zespół się zatrzymał na moment na torze w Gorzowie. Lee się poruszał, był przytomny. Nikt sobie nie zdawał sprawy z tego, z jakimi skutkami może mieć do czynienia. Najnormalniej w świecie poszliśmy dalej, wypadek jakich wiele. […] Muszę powiedzieć, że nie byliśmy kompletnie przygotowani na taki scenariusz. 

Czy mogło być inaczej?

Czas niekiedy zmienia perspektywę tego jak postrzegamy pewne zdarzenia, zarówno te drobne, jak i te większe. Od pamiętnych derbów minęło dobrych dziesięć lat, ale z perspektywy naszego rozmówcy nawet jego lepsza dyspozycyjność w tamtej chwili nie miałaby wpływu na zmianę biegu zdarzeń. Dodatkowo, jak zauważył Jacek Frątczak podczas tego pamiętnego meczu nie zawiódł jeden człowiek, ale większość tych, którzy wtedy za nią odpowiadali.

Myślę, że nie. Jeżeli bym powiedział, że tak, to znaczy, że nad wyraz wartościuję swoją postać, a tak nie jest. Uważam, że tam się wiele sytuacji wymknęło spod kontroli wszystkim. Ja mam poczucie, że przede wszystkim sam powinienem dać więcej, ale to jest moje poczucie. Moje zachowanie, wchodzenie w dyskusję było kompletnie bez sensu. Po prostu pewne rzeczy dałoby się wyciszyć, może uspokoić. Niektóre słowa może by nie padły. Natomiast tej pełnej kontroli nie było. Pamiętajmy też, że nie byłem sam, nie chcę przejaskrawiać swoich udziałów w tamtym temacie.

Wiem natomiast jedno: jeżeli chodzi o kwestie odbioru mojej osoby, to co widzieliśmy w telewizji, to ja mam wrażenie, że przy tak zwanych zdrowych zmysłach, do wielu ekspozycji mojej osoby by nie doszło. Albo byłoby ostrzej, ale bardzo krótko albo do niektórych konfrontacji w ogóle by nie doszło. Czułem się trochę jak kula bilardowa, odbijany między uczestnikami tej wstydliwej sytuacji. Brakowało też jasnego stanowiska ze strony sędziego, nie było wtedy jury zawodów, nie było tej całej administracji ze strony Ekstraligi, która daje bufor bezpieczeństwa wszystkim w kryzysowych momentach. […] Zapomina się o kontekście.

My tam byliśmy też ze świadomością tego, co wydarzyło się rok wcześniej, dwa lata wcześniej. Dlatego nie dziwię się tej presji na kontynuowanie tego spotkania, bo im (Stali Gorzów, przyp.red.) też wydawało się, że my próbujemy coś przeciągnąć na swoją stronę. Muszę jednak jasno powiedzieć, że my nie byliśmy zainteresowani kontynuowaniem tego meczu. Wynikało to z szacunku do naszego zmarłego kolegi, to nie wynikało z żadnych innych historycznych wydarzeń na torze w Gorzowie. Myślę, że tu był największy konflikt. Strona gorzowska zarzucała, że wykorzystujemy śmierć zawodnika, aby nie przegrać tego spotkania, a to nie miało kompletnie żadnego znaczenia.

Tym razem emocje wzięły górę nad wszystkimi. Jacek Frątczak zwrócił również uwagę, że duży wpływ na odbiór całej sytuacji miała obecność mediów oraz upublicznienie wszystkiego tego, co tamtego pamiętnego popołudnia 2012 roku zadziało się w parku maszyn. Dziś jednak uważa, że nie ma sensu rozdrapywać starych ran i prowadzić dalszych dywagacji.

Nie chciałbym już wchodzić w szczegóły, bo to było tak dawno, że w zasadzie wszystko w tej materii już zostało powiedziane. Obie strony przerzucały się argumentami. Trudno było później udowodnić pewne rzeczy. Zbyt dużo czasu upłynęło, żeby dziś to szczegółowo analizować. Ja myślę, że przy konfrontacji tych dwóch zespołów, przy derbach, przy takiej medialności tych zdarzeń, wiadomo, że emocje brały górę i przeważały nad zdrowym rozsądkiem. Taka jest prawda. I to po jednej i po drugiej stronie. Nam też zabrakło zdrowego rozsądku, odpowiedniej postawy, odpowiednich formuł, być może większego wycofania. Trudno powiedzieć. To zamieszanie wynikało z tego, że trochę brakowało kogoś zarządzającego tym całym bałaganem. Myślę, że można to zrzucić na kark tego, że było to wydarzenie poza wyobraźnią kogokolwiek.

Z drugiej strony uważam, że telewizja nie powinna takich rzeczy pokazywać, bo to, co się dzieje za kulisami, oczywiście jest mega interesujące dla kibica, natomiast nie wszystko jest do pokazywania. To zamieszanie z całą pewnością nie było. Sam uczestniczyłem w wielu sytuacjach poza torowych, zakulisowych, gdzie padały mocne słowa, natomiast niekoniecznie chcielibyśmy pokazywać to w telewizji. Uważam, że za dużo zostało pokazane w telewizji. Telewizja powinna zawiesić relację od momentu, kiedy zaczęły dziać się te sceny. Ja pierwszy raz byłem w stanie psychicznie obejrzeć ten materiał po bodaj sześciu, siedmiu latach. Wiele osób mnie pytało, co tam zostało powiedziane. Ja odpowiadałem, że nie wiem, bo nie byłem w stanie tego oglądać.

Ciężar derbowych meczów

Derby ziemi lubuskiej zawsze budziły duże emocje wśród fanów czarnego sportu i przyciągały wielką rzeszę widzów. Było to również dodatkowe obciążenie dla wszystkich zaangażowanych w udział w tych zawodach. Jacek Frątczak zgodził się z nami, iż w imprezę o takim ciężarze gatunkowym powinno się angażować nie tylko samego sędziego, ale również jury zawodów.

Tak. Tak jak powiedziałem, tego typu spotkania są bardzo dużym obciążeniem dla sędziego. Ja byłem świadkiem kilkudziesięciu meczów derbowych, z czego połowa była o medale. Więc ja trochę tych meczów derbowych z Falubazem przejechałem. Jeżeli chodzi o żużel, widziałem prawie wszystko. Zawsze ostrzegałem wszystkich przed wyjazdem. To są derby, musicie być przygotowani na każdy scenariusz, tam wszystko jest możliwe. I z reguły bardzo się dużo działo. Także myślę, że brakowało zarówno mi, jak i sędziemu przy takiej formule meczu, z takimi zawodnikami dodatkowych osób. Z automatu przy takich meczach ta formuła powinna być rozszerzona, żeby tak bardzo nie obciążać psychicznie jednej osoby.

MAGAZYN BEST SPEEDWAY TV – ONLINE NA KANALE YouTube

Lecz gdyby tak…

Nasz rozmówca sam wspominał o tym, że w tamtym czasie lepszy przepływ myśli, może nie zmienił by sytuacji, jednakże byłby chociaż w stanie zatrzymać pewne słowa, które pod wpływem emocji ciskane były niczym kamienie. Jacek Frątczak opowiedział zatem jak z perspektywy czasu widziałby mniej kontrowersyjny przebieg tamtej sytuacji.

Jedna rzecz. Zbieramy ekipę, siadamy i czekamy. Nie wdajemy się w dyskusje, nie zadajemy pytań, nie odpowiadamy na żadne pytania. Jesteśmy biernym uczestnikiem wydarzeń. Są tu osoby zarządzające. Co one powiedzą, to zrobimy. Koniec, kropka. Nie byłoby tematu, nie byłoby rozmów. Po prostu wycofujemy się, siadamy, czekamy. Od razu odpowiadamy, że my uważamy, że nie powinniśmy jechać w tych zawodach i  zawody nie powinny być kontynuowane. Mieliśmy taki pomysł i z tego wynikła cała awantura, że będziemy wykluczać naszych zawodników za dwie minuty. Natomiast szukanie tego typu rozwiązań było bez sensu. 

Zmiana perspektywy nie zmieniła jednak całego podejścia. Były menadżer Zielonogórzan, pomimo upływu lat, nadal podtrzymuje swoją decyzję o niewyjechaniu do kolejnych biegów.

Nie, ja uważam, że z jednej strony jest to, co czujemy, ale z drugiej strony trzeba pomyśleć o wizerunku całej dyscypliny, więc jak sądzę, istniałaby cała masa lepszych rozwiązań. Podtrzymuję jedną rzecz: ten mecz nie powinien być kontynuowany i to jest sprawa zamknięta. Natomiast nie powinno się to odbywać w takiej atmosferze, w której trzeba to wszystko, że tak powiem łopatologicznie, trochę na chama przerywać i symulować te wykluczenia dwuminutowe. To nie na tym rzecz polega. Baliśmy się tak zwanej odmowy startów.

Natomiast w 2013 roku mieliśmy sytuację z Apatorem Toruń w Zielonej Górze, który odmówił startu, nie stawił się tak naprawdę na zawodach. Jakie konsekwencje były, to każdy widzi. To jest właśnie ten problem, to co nazywam swoim niezdaniem egzaminu w tamtej sytuacji, ponieważ ja nie potrafiłem wtedy znaleźć rozwiązania, które z jednej strony dawało nam możliwość honorowego wyjścia z sytuacji, a z drugiej strony pokazywało jednak, że wizerunkowo ten sport się broni. Tego mi właśnie zabrakło, że nie potrafiłem znaleźć rozwiązania, żeby uczcić pamięć zawodnika, a jednocześnie, żeby wszystko miało ręce i nogi, jeśli chodzi o wymiar publiczny.

Nie ma możliwości by odciąć się całkowicie od prywatnego życia, szczególnie wtedy gdy dosiągają nas nadmiernie obciążające wydarzenia. Nie zależnie od tego, jaką funkcję się pełni i jak świadomy jest się swojej odpowiedzialności i własnych możliwości, czasami zdarza się, że coś kogoś przerasta. Grunt by po czasie umieć wyciągnąć z tego wnioski.

Dałbym znacznie więcej. Historia mojej osoby pokazała też, że w sytuacjach stresowych nie tracę kontaktu ze zdrowym rozsądkiem, z mózgiem, myśleniem i szukaniem rozwiązań. Wielokrotnie to udowadniałem na stadionach. Myślę, że tutaj też bym znalazł rozwiązanie. Jakie? Nie wiem, nie zastanawiałem się nad tym. Myślę, jednak, że wyglądałoby to zupełnie inaczej, ale nie ma co się tłumaczyć. Wtedy nie byłem zdolny, żeby podejmować jakiekolwiek decyzje albo cokolwiek sugerować. 

fot. źródło wyborcza.pl

Zostaw komentarz

  • redakcja@bestspeedwaytv.pl
  • tel. 571242003

Tytuł zarejestrowany w Sądzie Okręgowym w Gdańsku w rejestrze dzienników i czasopism pod numerem 2338

 2022 © Best Speedway TV | Wszelkie prawa autorskie wydawcy zastrzeżone. Kopiowanie, przetwarzanie, rozpowszechnianie materiałów w całości lub w części bez zgody redakcji jest zabronione.

×