Przejdź do treści
Aktualności żużlowe/SGP / SEC / SON / SWC

Speedway Grand Prix. Żużlowiec, który dzięki równej jeździe został mistrzem – Mark Loram

Speedway Grand Prix
fot. Roffe Lundstedt

Autor: Norbert Giżyński

Speedway Grand Prix. Żużlowiec, który dzięki równej jeździe został mistrzem – Mark Loram

W sobotę (29 kwietnia) ruszy elitarny cykl Speedway Grand Prix 2023, który, jak co roku, wyłoni Indywidualnego Mistrza Świata. Z tej okazji pragniemy przytoczyć historię pewnego zawodnika, który w 2000 r. sięgnął po swoje największe trofeum.

Zdobyć tytuł Indywidualnego Mistrza Świata, nie wygrywając przy tym żadnego z turniejów Grand Prix? Wydawać się to mogłoby niemożliwe do zrealizowania. Ale jednemu żużlowcowi udało się tego dokonać. Chodzi o Marka Lorama, który najlepszym speedway rajderem globu został właśnie 23 lata temu.

Pora rozpocząć cykl Grand Prix. W Gorican szykują się wielkie emocje [ZAPOWIEDŹ]

Przed startem elitarnej serii w sezonie 2000 nie widziano popularnego „Marka Loramskiego” w gronie pretendentów do tytułu mistrzowskiego. Chyba nawet mało kto podejrzewał, że stanie na podium w końcowej klasyfikacji. Zwłaszcza, że Brytyjczyk rok wcześniej nie był stałym uczestnikiem cyklu. Prawo do startu w elicie zapewnił sobie dopiero dzięki zajęciu szóstej pozycji w Grand Prix Challenge 1999 we włoskim Lonigo.

Do faworytów całego SGP 2000 zaliczani byli choćby Tony Rickardsson czy Tomasz Gollob. Pierwszy miał chrapkę na drugie z rzędu złoto. Drugi natomiast ten medal z najcenniejszego kruszcu po wielu próbach chciał wreszcie wywalczyć. Blisko tego popularny „Chudy” był w 1999 r., lecz koniec końców musiał zadowolić się srebrem.

Obydwóm zawodnikom słynny „Loramski” narobił niemałego psikusa. Już po dwóch rundach, w Pradze (Czechy) i Linköping (Szwecja) w klasyfikacji generalnej znajdował się na czele stawki z dorobkiem 40 „oczek”. Jak się okazało, aby szybko objąć pozycję lidera, wystarczyło zajęcie drugich lokat w obu wspomnianych wcześniej turniejach.

Po następnej eliminacji we Wrocławiu Loram w dalszym ciągu przewodził w „generalce”, lecz musiał się mieć na baczności. Punktami z nim zrównał się bowiem zwycięzca rywalizacji na Stadionie Olimpijskim, Rickardsson. Obaj na półmetku serii mieli zgromadzonych po 55 „oczek”. Mało tego Anglikowi i Szwedowi „na ogonie” siedział Amerykanin Billy Hamill, tracąc do nich zaledwie 4 punkty.

Nie trzeba było jednak długo czekać, by Mark ponownie stał się samodzielnym liderem cyklu. W imprezie na obiekcie w angielskim Coventry uplasował się na najniższym, trzecim, stopniu „pudła”, za co otrzymał w sumie 18 „oczek”. Z kolei jego najgroźniejsi wówczas rywale nie zyskali przepustki nawet do biegu finałowego. Rickardssonowi przypadło szóste miejsce w zawodach, zaś Hamillowi – piętnaste.

Pierwszej pozycji w ogólnej klasyfikacji Anglik, urodzony w 1971 r. na Malcie, już nie stracił. W dopięciu swego pomogły mu starty w ostatnich rundach w Vojens (Dania) i Bydgoszczy (Polska), gdzie odpowiednio znalazł się na piątej i szóstej lokacie. Spełnił tym samym swoje największe marzenie, stając się światowym czempionem. Sposobu na niego nie zdołali już znaleźć ani Hamill, który ostatecznie zdobył srebrny krążek, ani Rickardsson. Reprezentantowi kraju „Trzech Koron” pozostało jedynie cieszyć się z brązu.

Mark Loram był siódmym w historii Brytyjczykiem, któremu udało się osiągnąć indywidualne mistrzostwo globu. Jak było widać, w jego przypadku, receptą na wywalczenie złota nie była dominacja, a po prostu równa dyspozycja w całych zmaganiach. Tak po latach dla magazynu „Speedway Star” wspominał uzyskanie swojego najbardziej wartościowego osobistego sukcesu.

Osiągnąłem wówczas coś, o czym zawsze marzyłem. Byłem najlepszy. Po czasie zawsze przychodzi mi na myśl pytanie, czy mogłem osiągnąć więcej. Prawdopodobnie tak by było, gdybym miał inne podejście mentalne w tamtych czasach, a do tego nieco inny tok myślenia. Chyba sam nie wierzyłem, że będę mógł to powtórzyć. Startowałem w tej samej epoce co Crump, Rickardsson czy Gollob. Uważam, że Adams był tym najlepszym zawodnikiem, któremu nigdy nie udało się zdobyć mistrzostwa świata.

Jeśli o to walczysz, nie możesz kalkulować zbyt dużo, a mieć w sobie tzw. instynkt „zabójcy” na torze, jak np. Nicki Pedersen. W tamtym sezonie po prostu miałem w Grand Prix równą formę i na końcu to ja okazałem się najlepszy. Zupełnie nie miało to dla mnie znaczenia, że chodziły głosy, iż nie wygrałem żadnej z rund, bo ostatecznie tytuł należał do mnie.

W tym samym wywiadzie oznajmił, że spory wpływ na jego wyczyn miała osoba Ivana Maugera, Nowozelandczyka, który sześciokrotnie nosił miano króla światowego speedway’a. – W ówczesnym okresie Ivan był dla mnie bardzo pomocny. Dzwonił, rozmawialiśmy i wywierał na mnie bardzo korzystny wpływ. Zawsze powtarzał mi, żebym starał się koncentrować na tym, co robię i co chcę osiągnąć, nie na innych rzeczach. Kiedyś Ivan powiedział mi jedno zdanie, które doskonale odzwierciedla drogę do sukcesu w żużlu. Nigdy nie byłem najlepszym lub najdoskonalszym, ale na pewno najbardziej zdeterminowanym żużlowcem.

fot. Roffe Lundstedt

MAGAZYN ŻUŻLOWY – kliknij TUTA

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *