Przejdź do treści
Artykuły żużlowe – analizy, komentarze i wywiady

Żużel. To był rok, w którym żużel częściej łapał się za głowę niż za kalkulator

Żużel. To był rok, w którym żużel częściej łapał się za głowę niż za kalkulator
fot. Jakub Malec
📅 31 grudnia 2025 🕒 13:04 ⏱ 6 min czytania ✍️ Autor:

Żużel w 2025 roku: emocje, chaos poza torem i historie, które pisały się na oczach kibiców

Kończący się rok w żużlu trudno zamknąć w prostych hasłach. To nie był sezon „jak każdy inny”. Nie był też sezonem, który da się streścić tabelą, punktami czy liczbą medali. To był rok, w którym żużel wielokrotnie balansował na granicy – sportowo, organizacyjnie i mentalnie. Rok, który chwilami bardziej przypominał serial obyczajowy niż spokojną rywalizację na torze.

Z jednej strony dostaliśmy wielkie ściganie, nazwiska, które przeszły do historii, i emocje, dla których kibice wciąż wracają na stadiony. Z drugiej – chaos, afery, niepewność, decyzje ciągnące się miesiącami i pytania, na które długo nie było odpowiedzi. I chyba właśnie ta mieszanka najlepiej oddaje to, czym był żużel w mijającym roku.

Rok nerwów i decyzji, które ciągnęły się za całym sezonem

Już na starcie roku było jasne, że spokoju nie będzie. Sprawa Macieja Janowskiego i obozu kadry na Malcie rozpaliła środowisko na dobre. Nie dlatego, że chodziło o trzy dni nieobecności, ale dlatego, że nagle zderzyły się ze sobą różne wizje tego, czym jest reprezentacja, czym jest obowiązek, a gdzie zaczyna się prywatność zawodnika.

Ta historia żyła tygodniami. Wypowiedzi, kontrwypowiedzi, emocje, próby gaszenia pożaru i kolejne iskry. I nawet gdy temat formalnie się zamknął, to jego cień ciągnął się przez dużą część sezonu. Był symbolem roku, w którym żużel częściej dyskutował o zasadach niż o samym ściganiu.

Żużel. Ryan Douglas podjął decyzję. W 2026 może być liderem
Żużel. Kto naprawdę rządził w sezonie 2025 w PGE Ekstralidze? Ten rok pokazał, coś innego

Podobnie było z tematami bezpieczeństwa. Bandy, protesty zawodników, sparingi odwoływane w ostatniej chwili, groźba opóźnienia startu ligi. To wszystko sprawiało wrażenie, że sport, który z natury jest ekstremalny, nagle sam zaczął się bać własnego ryzyka. I trudno się temu dziwić, gdy dramatyczne upadki – z tym Taiem Woffindenem na czele – przypominały, jak cienka jest granica między widowiskiem a tragedią.

Tor jako jedyne miejsce, gdzie wszystko miało sens

Na szczęście był też tor. I to właśnie on wielokrotnie ratował ten sezon. Gdy kończyły się konferencje prasowe, spory i komentarze, zawodnicy wyjeżdżali do czterech kółek i tam wszystko znowu stawało się proste.

Rywalizacja Bartosza Zmarzlika z Bradym Kurtzem była jednym z tych wątków, które niosły sezon. Polak – spokojny, konsekwentny, odporny na chaos wokół. Australijczyk – głodny sukcesu, bez kompleksów, wchodzący do światowej czołówki jakby robił to od lat. Ich walka nie potrzebowała dodatkowej oprawy. Sama w sobie była historią.

Były też momenty czystego żużlowego piękna. Wyścigi, które zostaną w pamięci na lata. Zawody, w których liczyła się tylko jazda, refleks i odwaga. W takich chwilach można było zapomnieć o tym, co działo się poza torem, i przypomnieć sobie, dlaczego ten sport wciąż przyciąga ludzi na trybuny.

Kluby między cudami a katastrofami

Jeśli ktoś chciałby opisać ten sezon z perspektywy klubów, mógłby użyć jednego słowa: nierówno. Obok historii, które dawały nadzieję, były takie, które budziły bezradność.

Unia Tarnów przez cały rok przypominała klub balansujący nad przepaścią. Kolejne zapowiedzi, kolejne problemy, kolejne pytania o przyszłość. Były pojedyncze momenty radości, niespodziewane wyniki, ale całość układała się w obraz ciągłej walki o przetrwanie.

Gorzów i Rybnik także przeżywały swoje burze. Zmiany, napięcia, walka o ligowy byt, nerwowe końcówki sezonu. Z drugiej strony były historie takie jak Piła, która potrafiła napisać scenariusz, w jaki przed sezonem nie wierzył niemal nikt. To właśnie takie momenty pokazują, że w żużlu wciąż jest miejsce na niespodzianki.

Toruń z kolei konsekwentnie budował swoją drogę do sukcesu, a finałowe rozstrzygnięcia pokazały, że cierpliwość i plan potrafią przynieść efekty. Lublin, mimo chwilowych potknięć, znów był punktem odniesienia dla całej ligi.

Ludzie, którzy nadali temu sezonowi sens

Każdy sezon ma swoich bohaterów, ale ten szczególnie mocno pokazał, jak bardzo żużel opiera się na ludziach. Nie tylko tych, którzy zdobywają medale, ale też tych, którzy wracają po kontuzjach, podejmują trudne decyzje albo po prostu nie odpuszczają.

Zmarzlik był symbolem stabilności w świecie pełnym chaosu. Dudek – konsekwencji i cierpliwości. Kurtz – świeżości i bezczelnej pewności siebie. Przyjemski i Pawełczak – zapowiedzią przyszłości, która powoli puka do drzwi seniorskiego żużla.

Byli też ci, którzy żegnali się z torem albo zmieniali swoje role. Kasprzak, który odnalazł się w telewizyjnym studiu. Zawodnicy, którzy kończyli kariery, zostawiając po sobie wspomnienia i niedopowiedziane historie.

Rok, który zmęczył, ale nie znudził

To nie był łatwy rok dla kibica. Trzeba było śledzić nie tylko wyniki, ale też komunikaty, decyzje, oświadczenia i kulisy. Trzeba było mieć cierpliwość. Ale jednocześnie był to rok, który – paradoksalnie – przypomniał, jak żywy jest ten sport.

Bo mimo wszystkich problemów, żużel znów przetrwał. Znowu dostarczył emocji, które sprawiały, że człowiek wstawał z kanapy, krzyczał do telewizora albo wracał ze stadionu z uczuciem, że było warto. I może właśnie to jest najważniejsze podsumowanie.

Nie był to sezon idealny. Daleko mu było do perfekcji. Ale był prawdziwy. Pełen sprzeczności, napięć i momentów, dla których ten sport wciąż ma sens.

A skoro żużel potrafił przejść przez taki rok, to znaczy, że wciąż ma w sobie siłę, by pisać kolejne historie. Nawet jeśli czasem robi to w sposób, który każe nam łapać się za głowę.

Google News Best Speedway Tv
Obserwuj nas na Google News, codziennie najnowsze informacje. Bądź z Nami
Brady Kurtz
Fot. Paweł Mruk
Ten punkt zaważył na tytule! To dzięki temu Zmarzlik został mistrzem świata!
fot. Taylor Lanning
Avatar Marcin Mazurkiewicz

Autor tekstu:

Marcin Mazurkiewicz

Miłośnik żużla od najmłodszych lat, dla którego zapach metanolu i dźwięk silników to codzienność. Od lat śledzę każdy bieg, opisuję kulisy i żyję tym sportem tak, jakby każda niedziela była finałem.

Zobacz wszystkie artykuły autora

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *