Żużel. Gdy pada nazwisko Zmarzlik, w Anglii zapada cisza
To już nie jest tylko różnica budżetów. To finansowa przepaść, która zmienia układ sił w światowym żużlu. Gdy właściciel brytyjskiego klubu mówi, że jeden zawodnik zarabia więcej niż cały jego zespół, trudno udawać, że wszystko działa normalnie. A w centrum tej historii jest Bartosz Zmarzlik.
Matt Ford, właściciel Poole Pirates, nie owijał w bawełnę. W rozmowie ze „Speedway Star” przyznał, że roczne zarobki mistrza świata są dwukrotnością całkowitych przychodów jego klubu. To nie opinia, to liczby. I to liczby, które pokazują, jak daleko odjechała PGE Ekstraliga reszcie Europy.
Kontrakt telewizyjny Ekstraligi zmienił wszystko
Ford nie krytykuje zawodników. Uderza raczej w system. – Kontrakt telewizyjny Ekstraligi jest wart dla każdego klubu więcej, niż ja otrzymałem łącznie z praw telewizyjnych w Wielkiej Brytanii przez 20 lat. Skala pieniędzy jest tam ogromna – przyznał działacz.
W praktyce oznacza to jedno: polskie kluby funkcjonują dziś na zupełnie innym poziomie finansowym niż brytyjskie. Jeśli w Polsce mówi się o milionie złotych za podpis i około 10 tysięcy złotych za punkt, to w Anglii takie stawki brzmią jak science fiction.
Żużel. Kiedyś myli motory, dziś patrzą w telefon. Stanisław Chomski ostrzega
Ford stawia sprawę jasno: – Jeśli zawodnicy zarabiają dwa razy więcej niż ja jestem w stanie wygenerować przychodów, to jak ktokolwiek oczekuje, że będziemy konkurować? To pytanie nie jest retoryczne. To diagnoza.
Przykład Zmarzlika pokazuje skalę problemu
Wszystko wskazuje na to, że Bartosz Zmarzlik zostanie w Orlen Oil Motorze Lublin także w 2027 roku. Jeśli tak się stanie, znów będzie najlepiej opłacanym żużlowcem świata. Pojawiały się spekulacje, że w przypadku transferu do Wrocławia mógłby zarobić nawet pięć milionów złotych rocznie. W Lublinie jego wynagrodzenie najpewniej będzie porównywalne.
Dla brytyjskich klubów to poziom nieosiągalny. – To, co zarobił w zeszłym sezonie, jest dwukrotnie większe niż całkowite przychody Poole Speedway – mówi Ford.
I tu pojawia się szerszy problem. Jeśli jedna gwiazda generuje większe koszty niż cały klub na Wyspach, trudno oczekiwać, że najlepsi zawodnicy będą ryzykować jazdę w kilku ligach.
Ryzyko, które odstrasza
Brytyjski promotor przypomina też o innym aspekcie – kontraktach i karach za kontuzje odniesione poza Polską. Przykład Martina Vaculika z 2018 roku pokazuje, że takie sytuacje mogą słono kosztować. – Skoro kontrakty jasno mówią, że w razie kontuzji odniesionej w innym kraju trzeba zwrócić te środki, zawodnicy nie mogą sobie pozwolić na takie ryzyko – tłumaczy Ford.
Żużel. Gapiński wraca, ale nie po punkty. Jego rola może zaskoczyć
W praktyce oznacza to, że polskie umowy nie tylko oferują wyższe stawki, ale też narzucają warunki, które ograniczają starty w innych ligach. A to dodatkowo osłabia brytyjski speedway.
Ford już wcześniej sugerował, że jedyną realną szansą na powrót gwiazd do Wielkiej Brytanii byłoby znaczące obniżenie stawek w Polsce. – Nie krytykuję zawodników. Gdybym mógł, też chciałbym zarabiać więcej. Zawodnicy wezmą to, co leży na stole – podkreśla.
Trudno się z tym nie zgodzić. Problem w tym, że obniżki w Ekstralidze dziś wydają się mało realne. Kontrakt telewizyjny działa, sponsorzy są, pieniądze płyną. I właśnie dlatego przepaść rośnie.
Jeśli ten trend się utrzyma, brytyjski żużel będzie coraz bardziej peryferyjny wobec polskiej ligi. A wtedy pytanie nie będzie brzmiało, czy Wyspy mogą konkurować z Ekstraligą. Tylko czy w ogóle są jeszcze w tej samej grze.



- Żużel. Sparta Wrocław ogłosiła plan sparingów. Trzy dwumecze i sentymentalne powroty
- Żużel. Orlen Oil Motor Lublin buduje zaplecze. Ten ruch może zaprocentować szybciej, niż się wydaje
- Żużel. Speedway Stal Rzeszów zaskoczy ligę? Zagar coraz bliżej podpisu
- Żużel. To już nie jest tylko sponsor. Red Bull idzie o krok dalej
- Żużel. Gdy pada nazwisko Zmarzlik, w Anglii zapada cisza