Żużel. Drużynowy Puchar Świata 2009: deszcz, nerwy i złoto Polaków w legendarnym finale w Lesznie
Drużynowy Puchar Świata 2009 w Lesznie – dramatyczny finał, deszczowa aura i historyczne złoto reprezentacji Polski
Spis treści
Starszym kibicom zapewne tego przypominać nie trzeba, młodsi mogą jednak nie kojarzyć – dlatego warto wrócić do wydarzeń sprzed szesnastu lat. 19 lipca mija szesnasta rocznica finału Drużynowego Pucharu Świata 2009, który spokojnie można zaliczyć do grona najbardziej niezwykłych w historii tej imprezy. Wszystko przez to, że zaczął się… w niedzielne przedpołudnie, a nie jak zwykle wieczorem. Ale to nie wszystko. Słońce, ulewa, przerwy, nerwy i eksplozja radości – tamten finał miał wszystko. I trwał niemal pięć godzin!
Od Terenzano do Leszna
W 2009 roku format Drużynowego Pucharu Świata wyglądał nieco inaczej niż dziś. Do walki o tytuł stanęło 14 reprezentacji narodowych. Sześć najlepszych drużyn z poprzedniej edycji – Dania, Polska, Szwecja, Australia, Wielka Brytania i Rosja – miało zapewniony start od razu w półfinałach. O pozostałe dwa miejsca w tej fazie walczyło osiem ekip w dwóch rundach kwalifikacyjnych.
Pierwszą rundę kwalifikacyjną rozegrano 2 maja na torze klubu Olimpia we włoskim Terenzano. Show skradli Słoweńcy i Niemcy – obie reprezentacje zakończyły zawody z takim samym dorobkiem 51 punktów. O awansie do półfinału DPŚ decydował bieg dodatkowy, w którym Matej Žagar przyjechał na metę przed Martinem Smolinskim i to Słowenia mogła cieszyć się z promocji do dalszej fazy pucharu świata. Gospodarze – Włosi – zakończyli zawody z 26 punktami, a na końcu stawki uplasowali się Węgrzy (22 pkt).
Tego samego dnia rozegrano także drugą rundę, tym razem w łotewskim Dyneburgu. Tu najlepsi okazali się Czesi, którzy zdobyli 48 punktów i o trzy „oczka” wyprzedzili reprezentację Łotwy. Trzecie miejsce zajęli Finowie (29 pkt), a stawkę zamknęli Amerykanie z dorobkiem 26 punktów.
System rozgrywek DPŚ w 2009 roku był prosty, ale emocjonujący. W dwóch półfinałach startowały po cztery reprezentacje – zwycięzcy awansowali bezpośrednio do finału, a zespoły z drugich i trzecich miejsc trafiały do barażu. Z niego z kolei dwie najlepsze drużyny również przechodziły do wielkiego finału. W sezonie 2009 półfinały miały być rozegrane w Vojens i Peterborough, a baraż i finał – w Lesznie.
Czytaj więcje o GP / SEC / SON / SWC
Zanim jednak ruszyły półfinały, każdy z menadżerów musiał wybrać dziesięcioosobową kadrę. W samym turnieju nie było jednak miejsca na tak obszerne składy – drużyna liczyła tylko pięciu zawodników i nie przewidywano jakichkolwiek rezerwowych (w odróżnieniu chociażby od DPŚ 2007, gdzie w finale „niedysponowanego” Grzegorza Walaska zastąpił Damian Baliński). Ścigano się według tabeli dwudziestopięciobiegowej.
Z szerokiej kadry trener Cieślak przed półfinałem postawił ostatecznie na szóstkę Gollob, Hampel, Holta, Protasiewicz, Miedziński, Ułamek. Ten ostatni doznał jednak poważnej kontuzji podczas meczu ligi szwedzkiej (złamana łopatka z przemieszczeniem). W jego miejsce do drużyny dołączył leszczyński byk, Krzysztof Kasprzak – i jak się okazało, był to bardzo dobry wybór selekcjonera.
Pierwszy półfinał rozegrano 11 lipca w duńskim Vojens. Aura nie rozpieszczała – było tego dnia bardzo deszczowo. W tych warunkach świetnie odnaleźli się Rosjanie, którzy w składzie Roman Povazhny, Denis Gizatullin, Renat Gafurow, Emil Sajfutdinow i Grigorij Łaguta zdobyli 51 punktów i sensacyjnie awansowali bezpośrednio do finału. Redaktor Miłosz Lippki, na łamach „Tygodnika Żużlowego” określił ich triumf największą sensacją w dziewięcioletniej historii DPŚ.
Za ich plecami uplasowali się Szwedzi (47 pkt; w składzie Antonio Lindbaeck, Fredrik Lindgren, David Ruud, Andreas Jonsson i Jonas Davidsson), a dopiero trzecią lokatę zajęli gospodarze – Duńczycy (45 pkt; Nicki Pedersen, Bjarne Pedersen, Nicolai Klindt, Kenneth Bjerre, Niels Kristian Iversen), jeżdżący bez kontuzjowanego Hansa N. Andersena (uległ kontuzji po wypadku w meczu ligi szwedzkiej, gdzie przeleciał przez bandę), którego zastąpił wspomniany Klindt.
Pecha miał także lider zespołu Nicki Pedersen – po kolizji z Łagutą w 15. biegu, w którym żużlowcy szczepili się motocyklami, trzykrotny indywidualny mistrz świata musiał się wycofać z zawodów z powodu bolesnego oparzenia uda. Brak rezerwowego oznaczał, że Duńczycy jechali dalej w osłabieniu. Czwartą lokatę zajęli bezbarwni tego dnia Czesi (12 pkt; Ales Dryml, Adrian Rymel, Lukas Dryml, Josef Franc i Matej Kus).
W drugim półfinale, który miał odbyć się na angielskiej ziemi w Peterborough, miały spotkać się reprezentacje Polski, Wielkiej Brytanii, Australii oraz Słowenii. W rozmowie z Wojciechem Potockim, z redakcji SportoweFakty.pl, trener Cieślak przyznał, że… najchętniej zająłby w półfinale drugie lub trzecie miejsce. Dlaczego? Taki wynik dawałby Polsce szansę startu w barażu na domowym torze w Lesznie, co mogłoby zwiększyć szanse na zapoznanie się z nawierzchnią leszczyńskiego owalu.
Zaznaczył jednak, że jego zawodnicy nie będą celowo przegrywać w Peterborough by taki scenariusz zrealizować. Koncepcja, by celowo nie wygrać półfinału, była ryzykowna, a sytuację dodatkowo komplikował niespodziewany awans Rosjan do finału. W barażu czekali już przecież mocni Duńczycy i Szwedzi, więc Polacy nie mogli liczyć na łatwą przeprawę.
Tuż przed wylotem na Wyspy, 9 lipca, reprezentacja Polski spotkała się na jednodniowym „zgrupowaniu” w Lesznie. Po treningu Marek Cieślak miał przekazać Holcie, że w turnieju będzie pełnił tylko rolę zawodnika oczekującego. Norweg z polskim paszportem miał przyjąć tę decyzję z wyraźnym niezadowoleniem.
Drugi półfinał rozegrano 13 lipca w brytyjskim Peterborough. Polacy wystąpili w składzie Tomasz Gollob, Krzysztof Kasprzak, Piotr Protasiewicz, Adrian Miedziński, Jarosław Hampel i pewnie wygrali zawody z dorobkiem 54 punktów. Do barażu awansowali Australijczycy (52 pkt) oraz gospodarze – Brytyjczycy (34 pkt). W ekipie z Antypodów pojechali Ryan Sullivan, Davey Watt, Leigh Adams, Chris Holder i Jason Crump. Z kolei w drużynie brytyjskiej wystąpili Edward Kennett, Lewis Bridger, Chris Harris, Tai Woffinden i Daniel King. Czwarte miejsce tego dnia zajęli Słoweńcy z dorobkiem 13 punktów – aż 10 z nich wywalczył lider zespołu, Matej Žagar.
Ostatni przystanek przed finałem i wielka promocja żużla
Zarówno baraż, jak i wielki finał odbyły się na stadionie im. Alfreda Smoczyka w Lesznie. 16 lipca do walki o dwa ostatnie miejsca w finale stanęły cztery reprezentacje: Szwecja i Dania (z pierwszego półfinału) oraz Australia i Wielka Brytania (z drugiego).
W barażu najlepsi okazali się podopieczni Craige’a Boyce’a (w składzie Watt, Adams, Holder, Crump i Adam Shields) którzy zdobyli 51 punktów. Ten ostatni wskoczył do składu w miejsce Sullivana, który zrezygnował z udziału w turnieju z powodu konfliktu personalnego wewnątrz drużyny. Jak zapisał wówczas na swojej stronie internetowej:
– Boyce powiedział mi, że Crump chciał mnie wywalić z drużyny, ponieważ moja twarz do niej nie pasuje. Zatem zgadzam się, żeby zostać w domu, aby ich uszczęśliwić, jednocześnie życząc im szczęścia. Boyce również zauważył, że zostałem rozstawiony w najgorszy sposób w Peterborough, startując dwukrotnie z pola trzeciego tuż po równaniu toru. Nie uważam, że zechcą mojego udziału w finale, jednakże zawsze jestem gotowy walczyć dla Australii.
Drugie premiowane awansem miejsce zajęli Szwedzi (39 pkt), występujący w składzie Lindbaeck, Lindgren, Ruud, Davidsson i Jonsson. Z walki o finał odpadli Brytyjczycy (35 pkt; Harris, Richardson, Bridger, King, Woffinden) oraz osłabieni brakiem Nickiego Pedersena Duńczycy (34 pkt; Hougaard, Klindt, Iversen, Andersen, Bjerre).
Jednym z najciekawszych momentów zawodów był 22. bieg. Pod taśmą stanęli wówczas Lindbaeck, Andersen (za Klindta), Crump oraz Woffinden (za Bridgera). Na mecie pierwszy był Szwed, ale sędzia zarządził powtórkę, bowiem Andersen i Woffinden… pomylili pola startowe. W powtórce znów triumfował Lindbaeck, przed Crumpem, Woffindenem i Andersenem.
Mimo wysokiej stawki, baraż obejrzało z trybun tylko 4–5 tysięcy kibiców.
W dniu rozegrania w Lesznie barażu, reprezentanci Polski trenowali nieopodal – w Ostrowie Wielkopolskim. Zajęcia odbyły się pod czujnym okiem trenera Cieślaka, który dopinał ostatnie szczegóły przed wielkim finałem.
Przy okazji odbywania finału DPŚ 2009 w Lesznie postanowiono mocno postawić na oprawę i promocję „czarnego sportu”. Symbolem reprezentacji Polski został wówczas ogłoszony husarz – legendarny polski kawalerzysta, uosobienie siły i militarnej potęgi Rzeczypospolitej. Do promocji żużla zaproszono też ambasadorów, wśród których znaleźli się m.in. gimnastyk sportowy Leszek Blanik, mistrz olimpijski z Pekinu i Zbigniew Boniek, były wspaniały piłkarz.
W przeddzień finału – 17 lipca – na leszczyńskim rynku odbyła się oficjalna prezentacja polskiej drużyny. Na schodach ratusza głos zabrali m.in. prezydent miasta Tomasz Malepszy, prezes Polskiego Związku Motorowego Andrzej Witkowski i przewodniczący Głównej Komisji Sportu Żużlowego Piotr Szymański. Po zakończeniu przemówień ruszyła parada w kierunku stadionu im. Alfreda Smoczyka.
W pochodzie maszerowali rekonstruktorzy husarii na koniach (z Grupy Kaskaderów Konnych Andrzeja Kostrzewy), orkiestra oraz sami zawodnicy, którzy jechali na specjalnej platformie samochodowej. Przemarsz przeszedł ulicami Leszczyńskich i 17-go Stycznia. Pod stadionem czekała scena, na której ponownie zaprezentowano reprezentację. Gwiazdą wieczoru był zespół Lombard, a ich hit Szklana pogoda – jak się później okazało – świetnie pasował do przebiegu finału DPŚ.
Finał, który się nie odbył… jeszcze
Finał Drużynowego Pucharu Świata zaplanowano na wieczór 18 lipca 2009 roku. Startowały w nim cztery reprezentacje, a każda z nich miała jeden cel – zdobyć złoto. Faworytem zawodów byli Polacy.
W czerwonych kaskach mieli wystąpić w finale prowadzeni przez Tobiasa Johanssona Szwedzi, w składzie Jonas Davidsson, Fredrik Lindgren, Antonio Lindbaeck, Andreas Jonsson, David Ruud. Kaski koloru niebieskiego wylosowali Australijczycy. Menadżer Craig Boyce postawił na Daveya Watta, Troya Batchelora (zastąpił Adama Shieldsa, który w barażu złamał obojczyk), Leigh Adamsa, Chrisa Holdera i Jasona Crumpa – aktualnego wicemistrza świata i lidera cyklu Grand Prix. Co ciekawe, Batchelor i Adams byli wtedy zawodnikami miejscowej Unii. Dla Adamsa, ulubieńca miejscowych kibiców, sezon 2009 był jego 14. z „bykiem” na piersi. Kangury uchodziły za głównego rywala Polaków w walce o tytuł.
Białe kaski należały do Rosjan – największej niespodzianki turnieju. Po zwycięstwie w półfinale w Vojens, Oleg Wołochow desygnował do finału Renata Gafurowa, Emila Sajfutdinowa, Romana Povazhny’ego, Denisa Gizatullina i Grigorija Łagutę. Warto przypomnieć, że zaledwie trzy tygodnie przed finałem w Lesznie Emil Sajfutdinow wywalczył drugie miejsce w Grand Prix Wielkiej Brytanii w Cardiff. Zawody te zapisały się jednak w pamięci głównie za sprawą jego bójki ze Scottem Nichollsem.
Polacy – zgodnie z przewidywaniami – przystąpili do finału (w kaskach żółtych) w składzie niezmienionym z półfinału. Menadżer Cieślak zmienił jednak układ numerów startowych: z 1. pojechał Kasprzak, z 2. Protasiewicz, z 3. Hampel, z 4. Gollob, a z 5. Miedziński.
Finału zaplanowanego na 18 lipca – przypadającego akurat w dzień urodzin Krzysztofa Kasprzaka – nie udało się rozegrać. Leszno, przygotowane na wielkie święto żużla, zostało zalane przez ulewne deszcze, które spadły nad stadion w sobotnie popołudnie. Liczono, że pogoda się poprawi – zawody opóźniono, ale ostatecznie stan toru nie pozwolił na bezpieczne ściganie. Finał drużynowego czempionatu trzeba było przełożyć na następny dzień.
Decyzja o przeniesieniu turnieju wywołała poruszenie wśród kibiców. Wielu z nich żądało pod kasami zwrotu pieniędzy za niewykorzystane bilety. W kilku przypadkach konieczna była interwencja policji – doszło bowiem do niepotrzebnych ekscesów.
Nowy termin zawodów wyznaczono na niedzielne przedpołudnie.
Jednak jedziemy ten finał
W niedzielny poranek, 19 lipca, od świtu trwał wyścig z czasem – już o godzinie piątej rano na tor wyjechały pierwsze maszyny z jednym celem: doprowadzić owal do stanu pozwalającego rozegrać finał DPŚ. Cel został osiągnięty – tor nadawał się do ścigania, choć jego duża przyczepność sprawiła niektórym zawodnikom spore problemy.
Zawody rozpoczęły się zgodnie z planem, punktualnie o godzinie jedenastej – o bardzo nietypowej porze, jak na imprezę tej rangi. Podobnie jak baraż, finał sędziował Węgier István Daragó (zmarł w 2015 r.).
Transmisję finału przeprowadził Canal+. Zawody komentował redaktor Piotr Olkowicz, a jego „dwójką” był Krzysztof Cegielski. W parkingu pracowali Michał Łopaciński i… Adam Skórnicki – indywidualny mistrz Polski z 2008 roku, który tytuł zdobył właśnie na torze w Lesznie. Studio telewizyjne zlokalizowane było także na stadionie – prowadził je Edward Durda, a wśród jego gości znaleźli się Mirosław Kowalik i Piotr Żyto.
Polacy rozpoczęli finał z przytupem. Już w pierwszym biegu fenomenalny start z pola D zaliczył Kasprzak – wychowanek Unii Leszno idealnie wyszedł spod taśmy i na wejściu w pierwszy łuk był już na prowadzeniu. Kolejność ustaliła się po starcie i do mety nic się już nie zmieniło. „KejKej” przywiózł pewną trójkę dla biało-czerwonych.
Bieg drugi przyniósł nieco więcej zamieszania. Troy Batchelor miał spore problemy z opanowaniem motocykla po wjechaniu na śliski fragment toru i cudem uniknął upadku. Wyścig wygrał Lindgren, za nim linię mety minęli Sajfutdinow i Protasiewicz.
Trzeci bieg dnia rozgrywano na raty. W pierwszej odsłonie doszło do klasycznego efektu domina na pierwszym łuku – startujący z pola przy bandzie Leigh Adams nie utrzymał się na motocyklu i upadł. W powtórce wyścigu pewnie wygrał Hampel, choć przez pierwsze okrążenie czuł na plecach oddech lokalnej gwiazdy z Antypodów.
Czwarty wyścig padł łupem Andreasa Jonssona. Szwed świetnie wykorzystał pole D, założył rywali już na dojeździe do łuku i odjechał całej stawce. Bieg bez większych emocji – wszyscy dojechali do mety dokładnie w takiej kolejności, w jakiej wyszli z pierwszego łuku. Tomasz Gollob, kapitan biało-czerwonych, po słabszym starcie zdobył tylko jeden punkt, ale musiał się solidnie napracować, by odeprzeć ataki Rosjanina Gizatullina.
Piąty bieg, kończący pierwszą serię startów, również musiał zostać powtórzony. W pierwszej odsłonie na pierwszym łuku upadł „Grisza” Łaguta po kontakcie z Crumpem. Wszystko zaczęło się od Adriana Miedzińskiego, który – startując z pola A – dość agresywnie wypchnął Rosjanina w kierunku bandy. Ten zderzył się z Australijczykiem, a sędzia zawodów, István Daragó, uznał Miedzińskiego za winnego i wykluczył go z powtórki.
Druga odsłona 5. biegu była jak dotąd najciekawszym wyścigiem zawodów. Start wygrał David Ruud i objął prowadzenie. Na drugim łuku próbował go wyprzedzić po zewnętrznej Crump, ale niemal nadział się na tylne koło Szweda. To zdarzenie skrzętnie wykorzystał Łaguta, który zaatakował przy krawężniku i minął Australijczyka. Na kolejnym łuku Rosjanin popełnił jednak błąd, który pozwolił Crumpowi odzyskać drugie miejsce. Dzięki trójce Ruuda Szwedzi wygrali pierwszą serię z dorobkiem 10 punktów. Po 8 „oczek” mieli Polacy i Australijczycy, a Rosjanie – 4 punkty.
Początek turnieju był spokojny, decydował głównie start, ale widać było, że przyczepny, wymagający tor może zaskoczyć jeszcze niejednego zawodnika.
Szósta gonitwa rozpoczęła drugą serię startów i przyniosła świetny popis Hampela. Co ciekawe, był to pierwszy tego dnia triumf zawodnika startującego z pola B. Choć popularny „Mały” przegrał moment startowy z Crumpem, to błyskawicznie przyciął do krawężnika w szczycie pierwszego łuku i na przeciwległej prostej wyprzedził Australijczyka odważnym manewrem.
Siódmy bieg ponownie rozgrywano w dwóch odsłonach. W pierwszej Łaguta na wyjściu z pierwszego łuku doprowadził do upadku Watta – Rosjanin zbyt ostro wjechał pod rywala i spowodował jego upadek, za co został wykluczony z powtórki. W drugiej odsłonie najlepiej spod taśmy ruszył Lindgren, który świetnie wykorzystał pole D i odjechał stawce. Tomasz Gollob przywiózł do mety w tym biegu dwa punkty.
Ósmy bieg padł łupem Miedzińskiego. Zawodnik Unibaksu Toruń popisał się odważnym atakiem na przeciwległej prostej pierwszego okrążenia – minął Batchelora i nie oddał prowadzenia aż do mety. Walkę o drugą lokatę stoczyli Batchelor i Lindbaeck. „Toninho” dopadł Kangura na ostatnim łuku i rzutem na taśmę wyrwał mu dwa punkty.
Dziewiąty bieg padł łupem lokalnego bohatera, Leigh Adamsa. Zawodnik z Antypodów co prawda nie najlepiej wyszedł spod taśmy, ale szybko odrobił straty i na dystansie pokonał całą stawkę. Rywali w biegu miał z najwyższej półki, a mianowicie Emila Sajfutdinowa, Krzysztofa Kasprzaka i Andreasa Jonssona. Lider Australijczyk ponownie pokazał, że tor w Lesznie zna jak własną kieszeń, i że nawet mimo gorszego startu potrafi wyciągnąć maksimum.
Dziesiąty bieg, kończący drugą serię startów, rozpoczął od świetnego wyjścia spod taśmy Piotra Protasiewicza, który startował z pola znajdującego się najbliżej krawężnika. Na wirażu jednak lepiej napędził się Holder – jechał mniej wyłamanym motocyklem, co pozwoliło mu wyprzedzić Polaka po zewnętrznej. Za ich plecami David Ruud stracił jedno „oczko” na rzecz Roman Povazhny’ego.
Po dwóch seriach na prowadzenie wysunęła się reprezentacja Polski z dorobkiem 19 punktów. Tuż za nią plasowała się Australia (18 pkt), a trzecie miejsce zajmowali Szwedzi (16 pkt). Rosjanie z 7 punktami zamykali stawkę.
Tragiczna trzecia seria i pościg Polaków
Trzecia seria startów okazała się katastrofalna dla reprezentacji Polski. W pięciu wyścigach biało-czerwoni zdołali zdobyć zaledwie cztery punkty.
W jedenastym biegu Gollob przyjechał na metę ostatni – za plecami Sajfutdinowa, który wykorzystał „jokera” i zdobył sześć punktów dla „Sbornej”, a także Davidssona i Batchelora. Kapitan polskiej drużyny w ogóle nie liczył się w walce.
W dwunastej gonitwie jeden punkt, i to dość szczęśliwie, dowiózł Adrian Miedziński. Na ostatnim łuku atakował go Gizatullin, ale Rosjanin popełnił błąd i upadł, co pozwoliło „Miedziakowi” uratować cenne „oczko”. W kolejnym biegu Kasprzak dowiózł jeden punkt, dojeżdżając do mety za Chrisem Holderem i „Griszą” Łagutą.
W czternastym wyścigu pech dopadł Protasiewicza – zawodnik Falubazu upadł jadąc na czwartej pozycji i został wykluczony z powtórki. W niej niespodziewanie zwyciężył Gafurow, który wyprzedził Crumpa i Jonssona. Po tym biegu prowadzenie objęli Australijczycy – mieli już 27 punktów i aż sześć „oczek” przewagi nad Szwecją i Polską (po 21). Rosjanie byli na czwartym miejscu z dorobkiem 18 punktów.
Nieco nadziei w serca polskich kibiców przywrócił w 15. biegu Hampel. Zdobył dwa punkty, przegrywając jedynie z fantastycznie dysponowanym tego dnia Emilem Sajfutdinowem, który minął Polaka na czwartym okrążeniu.
Czwarta seria była niezwykle wyrównana, a kolejność w klasyfikacji generalnej zmieniała się niemal po każdym biegu. W szesnastej gonitwie Protasiewicz nie zdołał wywalczyć żadnego punktu – dojechał do mety za plecami Łaguty, Adamsa i Davidssona. Po tym wyścigu Polacy spadli na czwarte miejsce w klasyfikacji generalnej. Mieli tyle samo punktów co Szwecja, ale tracili ponownie sześć „oczek” do prowadzącej Australii i jedno do drugiej Rosji.
Sytuacja zmieniała się jednak jak w kalejdoskopie. W siedemnastym biegu swoją klasę pokazał Hampel – po ofensywnej jeździe zawodnik leszczyńskich Byków pokonał Gafurowa, Lindgrena i Holdera. Dzięki tej trójce biało-czerwoni znów zaczęli liczyć się w grze o złoto.
Po zwycięstwie „Małego” Polacy zbliżyli się do prowadzącej Australii na trzy punkty. Nadzieje odżyły, ale tylko na chwilę. W osiemnastym biegu to, co wywalczył Hampel, niestety stracił Gollob. Kapitan biało-czerwonych przyjechał ostatni, nie licząc się w walce o punkty. Tymczasem Australijczycy dorzucili do swojego dorobku kolejne trzy punkty – wszystko za sprawą Jasona Crumpa, który w końcu się przełamał i odniósł swoje pierwsze zwycięstwo biegowe tego dnia. Zdecydowanie nie był to dzień ani Golloba, ani „Protasa” – obaj spisywali się co najwyżej przeciętnie.
W dziewiętnastym biegu swojego „jokera” wykorzystali Szwedzi – i to z najbardziej korzystnym dla siebie rezultatem. Andreas Jonsson kapitalnie wystartował z pola A i nie oddał prowadzenia do samej mety, zdobywając sześć punktów. Sytuację polskiej drużyny nieco uratował Miedziński. Dojechał on do mety drugi, za plecami Szweda, wyprzedzając Watta i Povazhny’ego. To były ważne dwa punkty, które pozwalały podopiecznym Marka Cieślaka nadal myśleć o końcowym triumfie.
„Ciągle pada…”
Po tym biegu na prowadzeniu byli Australijczycy z dorobkiem 33 punktów. Tuż za nimi – Szwedzi (31), a Polacy i Rosjanie zrównali się punktami – mieli ich po 28.
20. bieg – ostatni w czwartej serii – rozpoczął się od wypadku. Na wyjściu z pierwszego łuku z nawierzchnią leszczyńskiego owalu zapoznał się Denis Gizatullin. Powodem upadku była awaria – zerwał się łańcuszek sprzęgłowy w jego motocyklu. Rosjanin został rzecz jasna wykluczony z powtórki. Do tej jednak doszło dopiero… ponad godzinę później. Nad stadionem im. Alfreda Smoczyka znów zebrały się bowiem ciężkie chmury. Ulewa, która nadeszła, kompletnie zmieniła stan toru. Kibice na trybunach tonęli w deszczu, a podprowadzające w pośpiechu uciekały z murawy do parku maszyn, co zostało uwiecznione także w czasie telewizyjnej transmisji.
Poważna ulewa, która przerwała zawody, trwała około 15–20 minut. Potem wyszło co prawda słońce, ale nawierzchnia była w opłakanym stanie. Służby torowe natychmiast ruszyły do pracy – najpierw ręcznie, miotłami, próbując ściągnąć wodę do studzienek (nie było jeszcze wówczas wymaganego obecnie odwodnienia liniowego). Następnie na tor wjechały ciągniki ze szczotkami i szynami, które miały zebrać mokrą maź.
Za przygotowanie toru zarówno przed zawodami, jak i po przejściu nawałnicy odpowiadała firma BSI – jej działania po ulewie spotkały się z krytyką ze strony wielu zawodników, działaczy i ekspertów. Największe niezadowolenie płynęło z obozu australijskiego – prowadzący w zawodach podopieczni Craiga Boyce’a nie byli zbyt chętni, by ścigać się na zmienionej nawierzchni. Trudno się dziwić, gdyż w tym momencie mieli złoto w garści. Zgodnie bowiem z ówczesnym regulaminem, by zaliczyć wyniki Drużynowego Pucharu Świata, należało rozegrać minimum trzy serie biegów – czyli 15 wyścigów. Ten warunek był już spełniony.
Po kilkudziesięciu minutach ciężkich prac torowych, odbytych pod nadzorem Ole Olsena i arbitra Istvána Daragó, jury zawodów – z Armando Castagną na czele – podjęło decyzję o kontynuowaniu zawodów.
Powtórzony dwudziesty bieg – rozegrany po kilkudziesięciu minutach oczekiwania – zakończył się zwycięstwem Krzysztofa Kasprzaka. Reprezentant Polski, startujący z pola A, idealnie wyszedł spod taśmy i nie oddał prowadzenia aż do mety. Za jego plecami finiszował Troy Batchelor, a trzecie miejsce zajął David Ruud.
Po tym wyścigu w klasyfikacji generalnej nadal prowadzili Australijczycy – mieli 35 punktów. Polacy i Szwedzi zrównali się wynikiem – mieli po 31 „oczek”, a Rosjanie zamykali stawkę z 28 punktami.
Pokerowa zagrywka trenera Cieślaka
Nowa nawierzchnia po ulewie wymusiła wprowadzenia zmian w ustawieniach motocykli. Tor był inny niż wcześniej – kluczem do sukcesu było więc natychmiastowe dopasowanie do świeżych warunków, bowiem pozostała do odjechania już tylko ostatnia seria startów.
W biegu dwudziestym pierwszym najlepszy okazał się Sajfutdinow, startujący z pola A. Rosjanin pewnie wygrał i sprawił, że jego drużyna wciąż liczyła się w walce o medale. Drugi dojechał Chris Holder, trzeci był Adrian Miedziński, a bez punktu finiszował Jonas Davidsson.
Bieg dwudziesty drugi padł łupem Crumpa, który startował z pola C. Tuż za nim do mety przyjechał Kasprzak. Trzeci był Łaguta (zmienił Povazhnego), a czwarty – Lindgren. W tych dwóch biegach Polacy stracili więc do Australijczyków kolejne punkty.
Ten bieg miał jednak drugie dno. Tuż przed jego rozpoczęciem na tor wyszedł Marek Cieślak i przekazał Kasprzakowi ostatnie instrukcje. Jak przyznał później w książce „Pół wieku na czarno”, napisanej wspólnie z Wojciechem Koerberem – poprosił swojego zawodnika, by… przyjechał za Crumpem. Założenie taktyczne było jasne: pozwolić Australijczykom odskoczyć na sześć punktów, by otworzyć możliwość skorzystania z „jokera” w dalszej części serii.
Zgodnie z planem – udało się. Przewaga Australijczyków po zakończeniu dwudziestego drugiego biegu wynosiła sześć punktów, co umożliwiło Polakom skorzystanie z podwójnie punktującej rezerwy. W kolejnym wyścigu trener Cieślak desygnował do jazdy jako „jokera” fenomenalnego tego dnia Hampela w miejsce przeciętnego Protasiewicza.
„Mały” wykorzystał szansę, choć nie w maksymalnym wymiarze – co prawda prowadził przez półtora okrążenia, jednak ostatecznie musiał uznać wyższość Lindbaecka. Zdobył jednak cztery bardzo cenne punkty. Za jego plecami finiszowali Watt i Gafurow (zastępujący Gizatullina).
Po tym biegu tabela wyglądała następująco: prowadząca Australia miała 41 punktów, Polska – 38, Szwecja – 35, a Rosja – 32. Do rozegrania pozostały już tylko dwa biegi. Walka o złoto i o pozostałe medale wchodziła w decydującą fazę.
Dwudziesty czwarty bieg rozpoczął się kapitalnie dla reprezentacji Polski. Najlepiej spod taśmy ruszył Hampel – lider biało-czerwonych tego dnia – i bezbłędnie popędził po trzy punkty. Za jego plecami toczyła się ostra walka. Batchelor jechał drugi, ale na pierwszym łuku drugiego okrążenia został wypchnięty przez Łagutę i obsypany ciężką szprycą. Moment zawahania Australijczyka wykorzystał „AJ”, który wcisnął się na drugą pozycję. Tak też ułożyła się kolejność na mecie: Hampel, Łaguta, Jonsson, Batchelor.
Wyniki tego wyścigu całkowicie zmieniły układ tabeli. Przed ostatnim biegiem Australia i Polska miały po 41 punktów. Za nimi była Szwecja – 36 oraz Rosja – 34. Walka o złoto i brąz miała rozstrzygnąć się w ostatnim wyścigu.
Wszystko albo nic!
Przed ostatnim, 25. biegiem napięcie sięgało zenitu. Tomasz Gollob – kapitan reprezentacji Polski – nie miał za sobą najlepszego dnia. Zdobył zaledwie trzy punkty, dwukrotnie dojeżdżając do mety na ostatniej lokacie. Rotował motocyklami, próbując znaleźć optymalne ustawienia. I w najważniejszym momencie podjął odważną decyzję – pojechał na motocyklu Krzysztofa Kasprzaka, przygotowanym przez jego ojca, Zenona.
Obok Golloba na starcie ustawili się kapitan drużyny Kangurów Leigh Adams, Renat Gafurow oraz David Ruud. Polak startował z pola A – najbliżej krawężnika.
Jak wspominał Marek Cieślak w książce „Pół wieku na czarno”:
– Ty wiesz o co jedziesz? – spytałem Tomka, a on dziwnie na mnie spojrzał. – Ty o mistrzostwo świata jedziesz! – zakodowałem mu, bo nie miałem pewności, czy jest tego świadomy. – Dasz radę! – zapewniłem i pojechał pod taśmę.
Gollob wygrał start i już na wejściu w pierwszy łuk był przed Adamsem. Australijczyk przez pewien czas trzymał się blisko Polaka, ale nie był w stanie zbliżyć się na tyle, by zaatakować. Z każdym metrem Gollob powiększał przewagę. Na przeciwległej prostej ostatniego okrążenia kapitan polskiej drużyny uniósł rękę w geście radości. Mknąc do mety, powtórzył ten ruch tuż przed metą. Polska zdobyła Drużynowy Puchar Świata!
Stadion im. Alfreda Smoczyka eksplodował. Leszczyński „Smok” wpadł w euforię. Kibice, zawodnicy, mechanicy – wszyscy świętowali historyczne złoto. Bohaterem został Gollob – ten sam, który przez większość dnia zawodził, ten sam, który w czasie trwania zawodów był wygwizdywany przez obecnych na trybunach kibiców przybyłych do Leszna z całej Polski. Teraz był niesiony na rękach. Dosłownie. Po zakończonym ostatnim biegu podrzucany był nie tylko on, ale i trener Cieślak – autor taktycznego i ryzykownego planu z „jokerem”, który się powiódł.
Zawody w Lesznie zakończyły się po niemal pięciu godzinach. To był finał, który przeszedł do historii – nie tylko przez wynik, ale przez emocje, deszcz, dramaty i ostateczny triumf biało-czerwonych.
Wymuszona przerwa zadziałała niczym awaria oświetlenia na stadionie Legii w meczu piłkarskim Polska–Kazachstan w 2007 roku – wtedy też, po nagłym i dość tajemniczym zatrzymaniu i wznowieniu gry, Polacy ruszyli do ataku i odmienili losy spotkania. W Lesznie było podobnie. Reprezentacja Polski po przerwie spowodowanej ulewą nabrała wiatru w żagle i dała popis w decydujących momentach finału.
Ulewa z kolei kompletnie wybiła z rytmu Szwedów. Po dziewiętnastu biegach tracili do prowadzących Australijczyków zaledwie dwa punkty, a w ostatnich sześciu biegach zdołali zdobyć ich tylko pięć. To zepchnęło ich na najniższy stopień podium.
Nie bez znaczenia były także pola startowe. W sześciu ostatnich biegach – tych rozegranych już po oberwaniu chmury i wznowieniu zawód – Polacy aż czterokrotnie startowali z pola A, które dawało wyraźną przewagę w końcowej fazie zawodów. Zwracał na to uwagę sam Marek Cieślak na kartach wspominanej już książki „Pół wieku na czarno”.
Nie obyło się jednak bez kontrowersji. Po trzecim zwycięstwie w Drużynowym Pucharze Świata oczekiwano, że reprezentacja Polski otrzyma na własność trofeum Ove Fundina. Takie informacje pojawiały się w broszurach informacyjnych organizatora zawodów – firmy BSI – i taką wiedzę przekazywano także kibicom oraz samym zawodnikom. Niestety, zapis o przekazaniu trofeum nie znalazł się w oficjalnym regulaminie Międzynarodowej Federacji Motocyklowej (FIM), co ostatecznie uniemożliwiło jego wręczenie na stałe.
Jak informował „Tygodnik Żużlowy”, zawodnicy reprezentacji Polski otrzymali od Polskiego Związku Motorowego do podziału nagrodę w wysokości 95 tysięcy złotych. Dodatkowo FIM przekazała premię pieniężną w wysokości 25 tysięcy dolarów, czyli około 75 tysięcy złotych. Kilka tygodni przed zawodami, kadrowicze otrzymali też wsparcie finansowe na przygotowanie sprzętu, by nie zostawiać niczego przypadkowi.
(Ligowe) show must go on!
Dla niektórych zawodników świętowanie nie mogło trwać zbyt długo. Już wieczorem 19 lipca – zaledwie kilka godzin po zakończeniu finału DPŚ – rozegrano dwa spotkania CenterNet Mobile Speedway Ekstraligi.
W Gorzowie miejscowa Stal pokonała gdańskie Wybrzeże 55:35, a w Toruniu Unibax zwyciężył w derbach z Polonią Bydgoszcz 56:34. Co istotne – w obu spotkaniach wystąpili zawodnicy, którzy jeszcze przed południem rywalizowali o mistrzostwo świata. W Gorzowie na torze pojawili się Tomasz Gollob (zdobył 10+1 w czterech startach), niejeżdżący, ale obecny w Lesznie Rune Holta (11+2), David Ruud (8 pkt) oraz Renat Gafurow (3+1 w czterech startach). W meczu wystąpił też Adam Skórnicki (7 pkt w sześciu biegach), który w Lesznie pracował w parkingu jako reporter Canal+.
Z kolei na toruńskiej Motoarenie, w meczu Unibax – Polonia, również nie zabrakło bohaterów porannego finału DPŚ. W spotkaniu wystąpili Adrian Miedziński (9+2), Chris Holder (7+4), Andreas Jonsson (6 pkt w sześciu startach), Antonio Lindbaeck (15 pkt w sześciu biegach), Emil Sajfutdinow (11 pkt w sześciu biegach), a także Jonas Davidsson (0 pkt w trzech startach). Z uwagi na finał w Lesznie, spotkanie zostało przesunięte na godzinę 21. Ale to nie wszystko – sędzia Piotr Lis opóźnił jeszcze początek o dodatkowy kwadrans, bo… startujący w barwach bydgoskiej Polonii Szwedzi nie zdążyli dojechać z Leszna na czas.
Mecz w Zielonej Górze, zaplanowany na ten sam dzień, pomiędzy miejscowym zespołem a Unią Leszno, nie doszedł do skutku. Spotkanie zostało przełożone decyzją sędziego Leszka Demskiego ze względu na zły stan toru po intensywnych opadach deszczu. Prezes Unii Józef Dworakowski apelował o wcześniejsze odwołanie zawodów, lecz prezes zielonogórskiego klubu – Robert Dowhan – upierał się przy rozegraniu spotkania. Ostatecznie aż sześciu zawodników z Leszna dotarło do Winnego Grodu prosto z Leszna – byli to Leigh Adams, Troy Batchelor, Krzysztof Kasprzak, Jarosław Hampel, Piotr Protasiewicz i Fredrik Lindgren. Wszyscy jednak… na darmo.
Z kolei mecz ligowy pomiędzy częstochowskim Włókniarzem a Atlasem Wrocław został odwołany z wyprzedzeniem. Władze klubu z Dolnego Śląska nie wyraziły zgody na rozegranie spotkania w dniu finału Drużynowego Pucharu Świata w Lesznie, tłumacząc się kolizją terminów – trzeba pamiętać, że trenerem Atlasu był wówczas Marek Cieślak, pełniący równocześnie funkcję selekcjonera reprezentacji Polski.
Głos w sprawie organizacyjnego zamieszania zabrał wówczas znany dziennikarz żużlowy Bartłomiej Czekański. W swoim felietonie opublikowanym na łamach „Tygodnika Żużlowego” nie szczędził słów krytyki: Niektórzy prezesi klubowi zachowali się egoistycznie, każąc swoim czołowym zawodnikom startować w meczach ligowych ledwie kilka godzin po wyczerpującym leszczyńskim finale. Zamiast przełożyć całą kolejkę. Sam zaś zasiedli wygodnie na trybunie VIP-ów, gdzie donoszono im kanapeczki. Prezes to ma klawe życie i ma wyżywienie klawe.
Przebieg finału Drużynowego Pucharu Świata w Lesznie w 2009 roku śmiało można nazwać hitchcock’owskim – zaczął się od mocnego uderzenia, a napięcie tylko rosło z biegu na bieg. Cztery reprezentacje zmieściły się ostatecznie w zaledwie dziewięciu punktach, co najlepiej oddaje dramatyzm tamtego widowiska. Na trybunach leszczyńskiego stadionu zasiadł niemal komplet publiczności – według szacunków około 18–20 tysięcy widzów. Taka frekwencja była możliwa dzięki ówczesnemu układowi ławek, który – zanim na całym stadionie zamontowano plastikowe krzesełka – pozwalał na większą pojemność niż obecnie.
Polacy powtórzyli wówczas swój sukces sprzed dwóch lat (2007) oraz sprzed czterech (2005), po raz trzeci w tej dekadzie sięgając po tytuł najlepszej drużyny świata.
Leszczyński finał Drużynowego Pucharu Świata w 2009 roku nie był ani pierwszym, ani – jak pokazał czas – ostatnim finałem światowego czempionatu rozegranym na stadionie im. Alfreda Smoczyka. Po raz pierwszy zawody tej rangi (wówczas Drużynowe Mistrzostwa Świata) odbyły się w Lesznie w… 1984 roku – na trybunach zasiadło wówczas około 40 tysięcy widzów. Zawody zakończyły się zwycięstwem reprezentacji Danii, która wyprzedziła Anglię, Stany Zjednoczone i Polskę. Choć był to organizacyjny sukces klubu i miasta, wynik sportowy pozostawił olbrzymi niedosyt.
Do Leszna finał DPŚ powrócił w 2007 roku – tym razem to Polacy stanęli na najwyższym stopniu podium, pokonując Duńczyków, Australijczyków i Brytyjczyków. Kolejną okazję do świętowania leszczyńska publiczność miała dekadę później, w 2017 roku. Biało-Czerwoni ponownie sięgnęli po złoto, zostawiając w pokonanym polu reprezentacje Szwecji, Rosji i Wielkiej Brytanii.
Finał Drużynowego Pucharu Świata w Lesznie w 2009 roku na długo zapisał się w pamięci kibiców – nie tylko za sprawą dramatycznego przebiegu, zmiennej pogody i deszczowej aury, ale przede wszystkim dzięki ogromnemu zaangażowaniu, determinacji i walce do samego końca, jaką pokazali podopieczni trenera Cieślaka.

- Żużel. Krzysztof Sadurski o powodach zmiany barw klubowych
- Żużel. Pres Toruń znów na szczycie? Te dane mogą zwiastować powtórkę bolesnej historii
- Żużel. Zmarzlik i Plebiscyt Sportowy. Ten werdykt mówi więcej, niż się wydaje
- Żużel. Bohater PRES Toruń już trenuje! Duńczyk znów będzie brylował w PGE Ekstralidze?
- Żużel. Unia Leszno odkrywa karty. Sparingi z gigantami i data Memoriału już znane