Żużel. Australijczycy rzucają rękawicę Polsce. „Mamy najlepszą kadrę na świecie”
Australijczycy rzucają rękawicę Polsce przed finałem DPŚ w Warszawie. Pewność siebie rywali i realne zagrożenie na PGE Narodowym
Żużlowa reprezentacja Polski od lat dominuje w drużynowym Pucharze Świata, ale tegoroczny finał w Warszawie wcale nie zapowiada się na formalność. Wręcz przeciwnie. Coraz głośniej słychać głosy, że Biało-Czerwonych czeka jedno z najtrudniejszych wyzwań ostatnich lat, a największym rywalem mogą być Australijczycy – pewni siebie, głodni sukcesu i przekonani o sile własnego składu.
29 sierpnia na PGE Narodowym Polacy staną przed historyczną szansą. Nigdy wcześniej nie wygrali drużynowego czempionatu świata przy tak ogromnej publiczności. Stadion w Warszawie może pomieścić ponad 50 tysięcy kibiców, a presja związana z rolą gospodarza będzie ogromna. I właśnie na ten moment czekają rywale z Antypodów.
Menedżer reprezentacji Australii, Mark Lemon, nie owija w bawełnę i wprost mówi o ambicjach swojej drużyny. — Mam wrażenie, że dysponuję najlepszą kadrą na świecie. To ogromny komfort i coś, co nie zawsze się zdarza. To wszystko dojrzewało przez długi czas — powiedział Lemon w rozmowie ze „Speedway Star”.
Lemon podkreśla, że obecna potęga Australii nie jest dziełem przypadku. — To proces, który trwał latami. Wystarczy spojrzeć na kadrę do lat 21 sprzed dekady. Kilku zawodników z tamtej drużyny dziś rywalizuje na absolutnie światowym poziomie. Na ten moment czekaliśmy naprawdę długo — zaznaczył menedżer Australii dla „Speedway Star”.
W przeciwieństwie do Speedway of Nations, drużynowy Puchar Świata wymaga znacznie szerszego zaplecza. Tu nie wystarczy dwóch liderów – potrzebna jest piątka zawodników gotowych regularnie punktować. I właśnie w tym Australijczycy widzą swoją największą przewagę. — Mamy czterech czołowych zawodników Grand Prix: Jasona Doyle’a, Brady’ego Kurtza, Maxa Fricke’a i Jacka Holdera. Do tego dochodzi szeroka grupa solidnych żużlowców. Ta głębia składu to nasz ogromny atut — podkreślił Lemon.
Szczególne znaczenie ma obecność Jasona Doyle’a – byłego mistrza świata, który mimo problemów zdrowotnych wciąż potrafi wejść na najwyższy poziom. — Jason ma ogromną chęć reprezentowania kraju i jest prawdziwym liderem. Tacy zawodnicy robią różnicę w turniejach drużynowych — dodał menedżer Australii.
Australijczycy czekają na złoto DPŚ od 24 lat. Ostatni raz triumfowali na początku XXI wieku, gdy świat zachwycał się kwartetem Crump – Sullivan – Adams – Wiltshiere. Od tamtej pory były tylko pojedyncze przebłyski, a ostatni medal – brąz – zdobyli w 2014 roku w Bydgoszczy. Teraz wreszcie czują, że nadszedł właściwy moment na powrót na szczyt.
Żużel. SEC chce wyjść poza sprawdzone rynki. Nowe kraje na celowniku promotora
Żużel. Papier wszystko przyjmie. Czy GKM Grudziądz faktycznie zrobił krok do przodu?
Polacy i Australijczycy mają już zapewniony udział w wielkim finale w Warszawie. Stawkę uzupełnią zwycięzcy dwóch półfinałów w Landshut i Rydze. Rywale dopiero się wyłonią, ale jedno jest pewne – jeśli Australia dotrze do finału w pełnym składzie, łatwo skóry nie sprzeda.
Na papierze Polska wciąż wygląda imponująco. Historia, doświadczenie i atut własnego toru przemawiają za Biało-Czerwonymi. Tyle że, jak pokazują ostatnie lata, sam papier nie wygrywa zawodów. A Australijczycy przyjadą do Warszawy nie po naukę, lecz po złoto.
I właśnie to zapowiada finał, który może być jednym z najbardziej elektryzujących w historii drużynowego Pucharu Świata.



- Żużel. Krzysztof Sadurski o powodach zmiany barw klubowych
- Żużel. Pres Toruń znów na szczycie? Te dane mogą zwiastować powtórkę bolesnej historii
- Żużel. Zmarzlik i Plebiscyt Sportowy. Ten werdykt mówi więcej, niż się wydaje
- Żużel. Bohater PRES Toruń już trenuje! Duńczyk znów będzie brylował w PGE Ekstralidze?
- Żużel. Unia Leszno odkrywa karty. Sparingi z gigantami i data Memoriału już znane